Sandra

IMG_20150905_194249Pochodzę z raczej spokojnej rodziny, która nad wszelkie szaleństwa przedkładała zawsze spokój i tradycje, co niewątpliwie stanowi źródło mego zakłopotania w sytuacji, gdy ktoś mnie pyta „po kim odziedziczyłam zew wolności i miłość do podróży?”. Szczerze? Nie wiem. Moja Mama może i lubi od czasu do czasu gdzieś wyskoczyć, ale nic nie zastąpi Jej własnej kanapy, kocyka i kubka herbaty, a ilość krajów odwiedzonych przez mojego Tatę mogłabym zliczyć na palcach u jednej ręki. Nic mi również nie wiadomo, by takie postaci, jak Kolumb Odkrywca czy Sindbad Żeglarz, miały cokolwiek wspólnego z naszym rodem. A ja? No cóż. Mnie świat i nieznane wzywają, odkąd pamiętam. Po raz pierwszy to poczułam, gdy miałam jakieś 5 lat. Wtedy też zrodził się pomysł wyprawy, który bardzo szybko przeszedł w fazę realizacji. I tak oto, wraz z dwójką przyjaciół w podobnym wieku, wyruszyliśmy dziecięcymi rowerkami w nieznane, w celu złożenia wizyty babci moich towarzyszy. W urzeczywistnianiu naszego pomysłu nie przeszkadzał nam nawet fakt, że nie mieliśmy pojęcia ani o tym, jak nazywa się wioska, w której babcia mieszkała, ani w którą stronę się kierować, by do wioski dotrzeć. Siła woli i zarysowujące się właśnie na naszych nogach łydki pchały nas przed siebie tak długo, aż zostaliśmy zatrzymani przez panią portier, pracującą w miejscowym tartaku. I choć początki oraz pierwsze „wyprawy” ograniczały się do miejsc lokalnych, w Polsce, i – przyznaję szczerze – nie należały do doświadczeń najłatwiejszych, to jednak, zamiast zaspokoić mój głód wrażeń i ogromną ciekawość, rozbudzały ten apetyt jeszcze badziej. I tak dom rodzinny na Opolszczyźnie opuściłam w wieku 16 lat, wybierając jedno z warszawskich liceów zamiast miejscowego „ogólniaka”, do którego poszli wszyscy moi znajomi. Przez trzy lata szkoły średniej chłonęłam Warszawę wszystkimi zmysłami, pokonując długie kilometry komunikacją miejską, włócząc się bez celu (tylko po to, by zobaczyć „jak wygląda ta kamienica z drugiej strony”, „co jest za tym rogiem”, „dokąd prowadzi ta uliczka”, „gdzie dojadę tym tramwajem” itd.) oraz odwiedzając regularnie większość miejsc tzw.kulturalnych – począwszy od kin, poprzez teatry, muzea, galerie, na bibliotekach i czytelniach kończąc. Naturalną koleją rzeczy wydały mi się więc studia na Akademii Teatralnej, na wydziale Wiedzy o Teatrze, do których to, mimo dość niezłej orientacji w bieżących wydarzeniach kulturalnych, musiałam się przygotowywać prawie rok. Jako, że lubię wyzwania, konieczność doedukowania się wzięłam sobie bardzo głęboko do serca i przez niemal 12 miesięcy nadrabiałam zaległości z dziedziny literatury, kinematografii, opery, baletu, muzyki, historii sztuki i, oczywiście, teatru, niejako wtłaczając w siebie coś, z czym przeważająca część kandydatów na moje upragnione wówczas studia obcowała przez większość swojego życia (a co poniektórzy to pewnie i od dnia swego poczęcia).

Z perspektywy czasu stwierdzam, że musiałam odczuwać naprawdę spory głód wiedzy, gdyż równolegle do studiów w Warszawie, podjęłam naukę w rocznej Szkole Scenariuszowej, świeżo powstałej wówczas w Krakowie. W tych okolicznościach postanowiłam opuścić Warszawę na czas jakiś i zamieszkać w małym pokoiku, z którego był widok tylko na wielki mur, ale jak się wyszło przed dom, to już widać było Kopiec Kościuszki. Bardzo szybko okazało się, że była to jedna z lepszych decyzji, jaką zdarzyło mi się w życiu podjąć. Pokoik może i był niewielkich rozmiarów, może i widok z tego pokoiku nie powalał na kolana, ale życie w Krakowie, ach! Rok spędzony w dużym rozkroku pomiędzy Małopolską a Mazowszem (wciąż przecież studiowałam na AT), dostarczył mi nie tylko niezliczonych okazji do podróży, ale przede wszystkim do poznania wielu fantastycznych ludzi, którzy – w ogromnej części – bardzo szybko stali sie moją rodziną. Pamiętam jak dziś, kiedy w czasie zajęć na I roku studiów w Warszawie, czytaliśmy jakiś tekst o cyganerii młodopolskiej, a ja, zamiast brać udział w dyskusji, rozmarzona snułam wizje swoich poczynań u boku Stanisława Przybyszewskiego i jego kompanów w Krakowie, w okresie Młodej Polski. Jeszcze wtedy nie miałam pojęcia, że Kraków, w którym spędzę najpiękniejszy rok w historii swojego życia w Polsce, to będzie Kraków właśnie taki – bohemiczny, dekadencki, przepełniony artystycznymi wizjami i dyskusjami do białego rana; gnieżdżący się w dusznych kawiarniach, zawieszony pomiędzy barami a obdartymi stołami, w kłębach dymu tytoniowego; skupiający ludzi rozkochanych w sztuce, kinie i literaturze, zdolnych tak do poświęceń w imię sztuki, jak i do wejścia na jeden z tych obdartych stołów, by w szaleńczym uniesieniu pląsać do bladego świtu. I choć ówczesna cyganeria, jaką trochę nieświadomie tworzyliśmy, na pierwszy rzut oka nijak nie przypominała tej z okresu Młodej Polski (wszak nikt z nas nie nosił czarnych płaszczy czy kapeluszy, skrywających dziurawą odzież lub nie pierwszej świeżości włosy), naprawdę wiele miała z nią wspólnego, a z całą pewnością ten specyficzny, niespotykany dziś klimat. Z tym większym żalem po ponad roku opuszczałam Kraków, pakując uprzednio, z pomocą przyjaciół, cały swój dobytek w jeden z czerwcowych wieczorów. Równolegle do sielanki krakowskiej, w mojej głowie toczyła się od dłuższego czasu cicha wojna, której nie chciałam dostrzec. Nadmiar doświadczeń związanych z przemijaniem i śmiercią bliskich oraz rozmyślań nad ludzką egzystencją na tym naszym ziemskim padole doprowadził do potężnej eksplozji, następstwem której było kilkumiesięczne załamanie nerwowe. Moja chęć życia i poczucie jego sensu obróciły się w proch, siły witalne nagle gdzieś uszły, zdrowie zaczęło szwankować. Pokiereszowana głowa stała się nadwrażliwa, najmniejszy nawet bodziec z zewnątrz potrafił razić z siłą granatu. I do tego ten okropny, irracjonalny strach, towarzyszący przez 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, bezlitośnie i bezustannie. Takie stany pojawiały się później jeszcze parokrotnie, choć już nie były tak głębokie. Co mnie wtedy uratowało, co wyciągnęło z czarnej otchłani? Sport. I marzenia. Setki przejechanych kilometrów na rowerze, dziesiątki wyciśniętych kilometrów na rolkach i przebiegniętych na bieżni. Choć początkowo zrobienie jednego kroku graniczyło prawie z cudem, ciało odmawiało posłuszeństwa i tylko resztki jakiegoś rozsądku motywowały do walki.

Nim to jednak nastąpiło, tzn.zanim opuściłam Kraków, wiele godzin (ba! wiele tygodni!) spędziłam na lekturze wpisów polskiego blogera i studenta, pracującego wówczas (w formie wolontariatu) w jednej ze szkół w Kathmandu. Adam w taki sposób opisywał Nepalczyków, ich kulturę i tradycje, że zakochałam się bez reszty (w Nepalczykach, nie w Adamie!). Takich blogów, które przeglądałam wtedy z wypiekami na twarzy, było jeszcze kilka, choć polska blogosfera podróżnicza dopiero zaczynała w tym momencie stawiać pierwsze kroki. Niemniej jednak, właśnie te kilka osób: Adam, Maciej, Rafał, Alicja i Andrzej (którzy przygotowywali się właśnie do swojej podróży dookoła świata) sprawiło, że podjęłam kolejną decyzję życia: jadę do Nepalu. Był 2009 rok, miałam 22 lata a Azję znałam z opisów polskich blogerów, wywiadów z Dalajlamą oraz z książek takich autorów, jak Tiziano Terzani, Kinga Choszcz czy Robb Maciąg. Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych, nie rzucam słów na wiatr a marzenia, w mojej subiektywnej opinii, są po to, by je spełniać. Tak więc 8 miesięcy po tym, kiedy podczas rozmowy telefonicznej poinformowałam o swoim planie moją Mamę, siedziałam w samolocie (pierwszym z czterech, którymi lecieliśmy) do Nepalu. Podczas niespełna miesięcznego pobytu w tym kraju, w towarzystwie chłopaka poznanego na miesiąc przed wylotem (za pośrednictwem forum podróżniczego), odbyłam morderczy wówczas dla mnie dwutygodniowy trekking wokół masywu Annapurny, spłynęłam pontonem po rwącej rzece, spałam w dżungli i kąpałam słonie. Jak się jednak później przekonałam, to wszystko było nieważne, dużo ważniejsze okazało się coś, o czym przed wyjazdem zupełnie nie pomyślałam – ludzie oraz zmiany, jakie we mnie zaszły, wskutek spotkania z nimi. Pierwsze spotkanie i pierwsze zdumienie pojawiło się jeszcze przed wyjazdem, na etapie planowania wyprawy. Za pośrednictwem jednego z serwisów podróżniczych poznałam Nepalczyka, który później był nie tylko naszym gospodarzem i przewodnikiem, ale okazał się oddanym przyjacielem na całe życie. Podczas wielodniowego marszu w Himalajach, chodząc od wioski do wioski, miałam mnóstwo okazji do tego, by obserwować toczące się w nich życie. Nepalczycy ujęli mnie swoją radością i optymizmem, bijącymi od nich mimo biedy, w jakiej żyją. To od nich nauczyłam się tak wiele o relacjach międzyludzkich i o przyjaźni, to oni pokazali mi, że materia nie ma znaczenia. Czas teoretycznie przeznaczony na spożywanie posiłków i odpoczynek, okazał się niepowtarzalną szansą do rozmów z ludźmi z całego świata. Każdego wieczoru, zmęczeni, głodni i szczęśliwi w duchu, zasiadaliśmy przy wspólnym stole i, popijając herbatę, wymienialiśmy swoje doświadczenia i porady oraz rozprawialiśmy na najrozmaitsze tematy. Pierwszy raz byłam w sytuacji, w której dla nikogo – niezależnie od tego, z jakiego kraju pochodził – nie miało znaczenia to, jakim językiem posługuje się w swoim kraju, jaki ma kolor skóry, jakiego jest wyznania, jak się ubiera czy jaką ma fryzurę sąsiad siedzący obok. Liczyło się tylko to, co tu i teraz – ktoś miał pęcherze na stopach, kogoś nie stać było na opłacenie posiłku, ktoś inny zgubił mapę, a ktoś jeszcze inny podarował komuś swoje kije trekkingowe. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie dostałam tylu różnych bodźców naraz, nic ani przedtem, ani potem, nie było już tak intensywne jak to, czego doświadczyłam i co dał mi wówczas Nepal. Wróciłam silniejsza, pewniejsza siebie i przede wszystkim wolna od poczucia, że coś muszę mieć. Od tego momentu w moim życiu nastała era „być”.

Po powrocie z Nepalu już wiedziałam, że tak naprawdę wróciłam tylko na chwilę. Chciałam dokończyć to, co zaczęłam przed wyjazdem i wrócić do Azji, w której zostawiłam swoje serce. Zajęło mi to kilka lat. W tym czasie robiłam wiele rzeczy: rozmaite wolontariaty, krótkie podróże i wypady górskie, tymczasowe pobyty w Niemczech, epizodyczna nauka w łódzkiej filmówce (PWSFTViT) oraz zdobycie (wraz z członkiniami Stowarzyszenia Kilimandżaro i Fundacji Centrum Promocji Kobiet) Araratu, skutecznie wypełniały mi czas i w jakimś stopniu zaspokajały ciągły głód podróży oraz pragnienie bycia w drodze i rozwoju. Odbyłam niezapomnianą, wielomiesięczną podróż w czasie i przestrzeni, prowadząc badania na potrzeby pracy magisterskiej, poświęconej masce w kontekście teatralnym, kulturowym, filozoficznym i psychologicznym. Podróż ta była dla mnie na tyle ważna, że zaowocowała kolejnym dużym marzeniem: zapragnęłam poświęcić masce więcej czasu i uwagi, badając – na potrzeby pracy doktorskiej tym razem – okoliczności, w jakich wykorzystywany jest ten przedmiot w Papui-Nowej Gwinei. Niestety (a może tak właśnie miało być?), okazało się, że nie ma dla mnie w Polsce ani promotora ani recenzenta, a co za tym idzie – również uczelni, w której mogłabym podjąć studia doktoranckie. Pierwszą moją reakcją była naturalnie wielka rozpacz, ale szybko mi przeszła, gdy doszłam do wniosku, iż najwidoczniej wykorzystałam już wszystkie możliwości, jakie miał do zaoferowania mi mój kraj i przyszedł czas na to, by skorzystać z tego, co oferuje świat. Tym sposobem, krótko po uzyskaniu tytułu magistra sztuki, znalazłam się w Londynie. Był to pierwszy, dość przyziemny z resztą przystanek, w drodze do tego mojego wymarzonego, upragnionego świata, z ktorego tak bardzo chciałam czerpać. W Wielkiej Brytanii spędziłam nieco ponad rok, nawiązałam kilka fantastycznych przyjaźni. Dziś wiem, że po to właśnie pojechałam do Londynu – dla tych kilku, jakże dla mnie cennych, znajomości.

Po zakończeniu przygody londyńskiej, wszystko potoczyło się już stosunkowo szybko: przylot do Polski, dwutygodniowa wycieczka objazdowa po kraju z moimi londyńskimi Przyjaciółkami (trzeba promować nasz kraj!); potem było już tylko szybciej – kolejne szczepienia, zdjęcia do dokumentów, nowy paszport, pierwsze wizy, wyprzedaż majątku. 15 stycznia 2015 roku, w swoje 28 urodziny, wyjechałam w autostopową podróż – mam nadzieję – dookoła świata. W pogoni za marzeniami, i w nadziei na zaspokojenie głodu, który od jakiegoś czasu znowu dawał o sobie znać. W głębi serca chciałabym znaleźć swoje miejsce na ziemi, tam osiąść i „ustatkować się”, co niewątpliwie przywróciłoby spokojny sen tej części mojej rodziny, która w tym momencie nie może z mojego powodu zaznać spokoju. Ale czy ja potrafię?

Wszystko, co do tej pory przeżyłam, niezależnie od tego, czy mowa o dobrych, czy też o złych wspomnieniach, nauczyło mnie jednego: najważniejsi w życiu są ludzie. Mam do nich od kilku lat nieprawdopodobne szczęście. Grono moich cudownych Przyjaciół stale się powiększa, a ja Ich wszystkich nazywam swoim rodzeństwem, jako że nie mam tego biologicznego. Od kiedy wierzę, że człowiek jest z natury dobry, dużo łatwiej i przyjemniej mi we wszechświecie, i pewnie dlatego tylko takich ludzi – dobrych, pomocnych i uczciwych – spotykam. Paradoksalnie, od pierwszego dnia podróży czuję spokój i pewność, że działam w zgodzie ze sobą. Kocham swoje życie, uśmiech znika z mojej twarzy chyba tylko podczas snu. Warto było na to czekać.

Reklamy