2015

Rok 2015 był zdecydowanie jednym z najpiękniejszych w moim życiu, choć z perspektywy czasu muszę przyznać, że nieco samotnym. Tak jak intensywnie i emocjonująco się rozpoczął, tak się również zakończył. Lwią jego część spędziłam na podróżowaniu czym się da, byle było jak najtaniej. Pierwsze dwa miesiące upłynęły mi na samotnej autostopowej podróży z Polski „w stronę słońca” – w naszych okolicach rozpoczęła się właśnie sroga zima, a ja za zimnem nie przepadam. Przebrnąwszy przez najsroższe z możliwych – syberyjskie mrozy i mongolski step skuty wówczas lodem – i przejechawszy Chiny z północy na południe, dotarłam wreszcie w rejony, w których słońce było już całkiem blisko mnie. Laos ujął mnie bujną zielenią, nieskażoną naturą, spokojem i beztroską, przede wszystkim jednak gościnnością i serdecznością jego mieszkańców. Spędziłam tam absolutnie niezapomniany miesiąc, podczas którego miałam przyjemność brać udział w lokalnych uroczystościach, m.in. święceniach chłopców na mnichów buddyjskich oraz zabawie weselnej. Laotańczycy wielokrotnie gościli mnie w swoich progach i traktowali jak najważniejszego gościa: racząc przepysznym jedzeniem i własnej roboty whisky lao (trunkiem pędzonym z kukurydzy), dając dach nad głową oraz oprowadzając po swoich plantacjach (bananów, arbuzów etc.). Zgrzeszyłabym jednak, twierdząc że Laos był pierwszym miejscem, w którym spotkało mnie tyle ludzkiej życzliwości. W każdym z wymienionych wcześniej krajów traktowano mnie nad wyraz dobrze, gdziekolwiek się nie znalazłam, wszyscy wykazywali się wielkodusznością oraz ogromną serdecznością: począwszy od kierowców, z którymi miałam przyjemność podróżować, poprzez przypadkowo napotkanych na szlaku ludzi, aż po tych, którzy zapraszali mnie w progi swoich domów.

Wspaniały miesiąc spędzony w Laosie szybko się skończył, a wraz z nim laotańska wiza. Chcąc nie chcąc, musiałam opuścić swój mały azyl i ruszyć dalej. Dotarłam do Tajlandii, a konkretnie do Bangkoku, z którym – z niejasnych dla mnie samej powodów – wiązałam spore nadzieje. Sądziłam, że miasto to będzie dla mnie najlepszym miejscem do zrobienia kilkumiesięcznego przystanku, złapania oddechu po długiej podróży i podreperowania budżetu (po roku spędzonym w Londynie byłam przekonana, że żadna metropolia mi nie straszna). Do Bangkoku wjechałam koleją i choć minęło półtora roku (post redagowany 29.07.2016), pamiętam jak dziś wszystko, co wówczas czułam. Przekroczyłam próg dworca i zostałam dosłownie uderzona w twarz potwornym smrodem. Do tego dnia wydawało mi się, że nie jestem specjalnie wrażliwa na przykre zapachy, ale woń, która unosi się w Bangkoku, katowała moje nozdrza i wykrzywiała mi twarz w nieludzki zupełnie grymas. „Przywyknę, ludzie jakoś tu funkcjonują” – przekonywałam się w duchu, łudząc się jeszcze, że to tylko pierwsze wrażenie, które nie będzie miało wpływu na moją sympatię do tego miasta. Z powodu mocno skurczonego portfela wylądowałam w jakimś obskurnym, najtańszym bodajże hostelu, w którym dzieliłam pokój ze średnio dbającymi o higienę Chińczykami i usilnie szukałam, o zgrozo, pracy. Tę znalazłam dość szybko w kilku hostelach, ale w głębi serca czułam, że wcale nie chcę tam pracować. Dni mijały jeden za drugim, ja wyszukiwałam najtańsze miejsca z jedzeniem, by jakoś przeżyć, i czekałam. Sama nie wiem, na co, bo każdy dzień utwierdzał mnie tylko w przekonaniu, że jest mi w Bangkoku po prostu najgorzej na świecie. Błąkałam się wąskimi uliczkami miasta, próbując nie zwracać uwagi na potężnych rozmiarów wszędobylskie szczury (jest ich w tym mieście chyba więcej niż ludzi!), które wywoływały we mnie ataki paniki. I wtedy przyszedł pierwszy kryzys: pierwsze wątpliwości, pierwsze łzy i pytanie samej siebie o to, co dalej, bo nie miałam przecież żadnego planu awaryjnego ani grosza przy czterech literach. Był środek upalnego, lepkiego dnia, a ja siedziałam gdzieś na ziemi, oparta o swój plecak, zalewając się łzami. Żaliłam się nad swoim losem i nad sytuacją, w której się znalazłam: nie miałam pieniędzy tak bardzo, że nie stać mnie było nawet na frytki w McDonaldzie, który znajdował się tuż obok.

Psychika człowieka w sytuacjach kryzysowych działa naprawdę zdumiewająco, gdyż po dwóch godzinach rozpaczy i wylewania łez nadeszło olśnienie: przecież w styczniu, gdy opuszczałam Polskę, dostałam kilka namiarów na przyjaciół i znajomych moich przyjaciół, rozrzuconych po świecie – i tak się cudownie składało, że jeden z tych przyjaciół moich przyjaciół mieszkał na Phuket! Zdesperowana, chowając dumę do kieszeni, napisałam wiadomość: „(…) Jestem w Bangkoku, którego nie znoszę. Bardzo pilnie szukam jakiejkolwiek pracy wszędzie poza Bangkokiem, może zna Pan kogoś, kto szuka kogoś, gdzieś, jakimś cudem, do pracy?”. Odpowiedź przyszła natychmiast: „To nie rozmowa na wiadomości, musimy się natychmiast zdzwonić. Nie wiem, czy ktoś inny szuka, ale ja na pewno – opiekunki do moich dzieci”. Dwie godziny później siedziałam w autokarze jadącym na Phuket, na który bilet kupiłam za pożyczone pieniądze. Ta wiadomość i przede wszystkim znajomość zmieniły moje życie.

Pobyt na tajskiej wyspie z planowanych kilku-kilkunastu tygodni wydłużył się do ponad sześciu miesięcy. W tym czasie wykonywałam najrozmaitsze zajęcia, byle jakoś przeżyć i…inwestować w nową pasję, która w przyszłości miała zwrócić mi te inwestycje z nawiązką. Byłam  pełnoetatową opiekunką do dzieci, zdarzało mi się dorabiać na planach filmowych (jako statystka), współpracowałam z jedną z największych firm ubezpieczeniowych w Europie (jako tłumacz języka… rosyjskiego), czasem również bywałam polskojęzycznym przewodnikiem podczas wycieczek na wyspy Phi-Phi i do dżungli Kao Sok. Jednocześnie rozwijałam się nurkowo: ukończyłam kolejno kursy PADI: OWD, AOWD, EFR & Rescue, by w końcu we wrześniu stać się Divemasterem, który może podjąć pracę w branży nurkowej. To z kolei zaprowadziło mnie do Indii, w których po raz pierwszy pracowałam jako nurek i w których poznałam Cijina, mojego obecnego partnera.

W międzyczasie, będąc na Phuket, poznawałam rozmaitych przyjaciół oraz przyjaciół przyjaciół moich przyjaciół. Brzmi to skomplikowanie, ale tak naprawdę jest bardzo proste: ludzi, którzy szybko stali się moją rodzina. To właśnie Oni tak przyciągają mnie co chwila do Singapuru, to za Ich sprawą Singapur podświadomie i zupełnie niezauważalnie stał się moim domem. To dzięki Nim mam gdzie wracać, to dzięki Nim, ilekroć przemieszczam się po Azji samolotem, na chwilę staję się żoną szkockiego kapitana pracującego dla singapurskich linii lotniczych (zostałam przez Niego dopisana do listy biletów pracowniczych, a to przecież zobowiązuje, jeśli chce się latać za pół darmo ;-)).

Poza wymienionymi powyżej krajami w przeciągu tego roku udało mi się zobaczyć również całkiem sporo miejsc w Malezji oraz odwiedzić – znów: przyjaciela moich przyjaciół – na maleńkiej wysepce Maafushi (Malediwy). W grudniu, tuż po świętach Bożego Narodzenia, opuściłam Singapur i rozpoczęłam przygodę w Indiach. Pół roku spędzone tam zleciało zupełnie niepostrzeżenie, ale o tym napiszę więcej innym razem i przy innej okazji. Tymczasem będę się starała nadrobić zaległości w opisywaniu swoich podróży z 2015 roku, bo naprawdę jest o czym opowiadać.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s