Chiang Mai, Vipassana – medytacja w ciszy

  O Vipassanie słyszałam wiele dobrego od znajomych i przyjaciół za każdym razem, ilekroć tylko dyskusje schodziły na temat wycieszenia, odpoczynku, relaksacji i pracy nad oddechem. Ktoś wspominał, jak bardzo wypoczął podczas tygodniowego pobytu, ktoś inny rozwodził się nad zmianami, jakie u siebie dostrzegł po odbyciu dziecięciodniowego kursu, ktoś jeszcze inny nawet stwierdził, że po dwóch tygodniach był w stanie kontrolować tempo bicia własnego serca (!!!). Wszystkich tych opowieści słuchałam zafascynowana, choć nie do końca miałam pojęcie o tym, jak to wszystko wygląda, kiedy już się wyłączy swój telefon i zamknie w klasztorze z buddyjskimi mnichami na jakiś czas. Samej medytacji się nawet nieco obawiałam, bo choć bardzo chciałam się od tej strony rozwijać, to w przeszłości miałam niezbyt pozytywne doświadczenia i wzbraniałam się przed wkraczaniem na grunt, który uważałam za grząski. Czym tak naprawdę jest Vipassana, poza tym, że jak już wiemy, jest medytacją w ciszy? Jest sięgającą ponad 2500 lat tradycji indyjską techniką, pozwalającą zobaczyć rzeczy takimi, jakie są naprawdę oraz całkowicie wyeliminować „zanieczyszczenia” umysłowe i osiągnąć wynikające z tego najwyższe szczęście pełnego wyzwolenia. Jest sposobem samodoskonalenia poprzez samoobserwację. Koncentruje się na głębokim połączeniu między umysłem a ciałem, którego można doświadczyć bezpośrednio przez zdyscyplinowaną uwagę na fizyczne uczucia, tworzące życie ciała oraz warunkujące życie umysłu. Mówiąc najprościej: jest drogą, pozwalającą osiągnąć spokój i szczęście wewnętrzne. Przekazywana przez nauczycieli z pokolenia na pokolenie, przetrwała od czasów Buddy do dnia dzisiejszego. Mimo, iż jej kolebką są wspomniane Indie, za sprawą nauk Buddy pielęgnowana jest jako buddyjska tradycja w wielu domach Azji Południowo-Wschodniej. Co ciekawe, Vipassana wzbudza coraz większe zainteresowanie wśród mieszkańców Zachodu, którzy coraz liczniej przybywają do Indii lub Tajlandii, by doświadczyć korzyści wypływających z medytacji w swoim mikroświecie.

  Od kilku miesięcy i mnie chodził po głowie pomysł spędzenia kilku tygodni w buddyjskiej świątyni, by u samego źródła zgłębiać tajniki Vipassany. Wielokrotnie podczas wycieczek z klientami, przy okazji zwiedzania tajskich budowli sakralnych, żartowałam sobie z tego, że jeśli ktoś ma ochotę pożyć życiem mnisim przez tydzień lub dwa, to jest ku temu świetna okazja – jestem stałym bywalcem tychże miejsc, w związku z czym po tygodniu na pewno zajrzę, mogę nawet podrzucić jakieś zapasy jedzenia lub odebrać, jeśli komuś zatęskni się za cywilizacją. Grupa zazwyczaj się śmiała i broniła rękami i nogami, a ja w głębi serca coraz bardziej czułam, że to jest coś, czego chciałabym spróbować. Jednocześnie strach robił swoje i sprawiał,  że skutecznie odsuwałam swoje pragnienie na później. No bo jakże ja wytrzymam bez jedzenia co dwie godziny. W milczeniu. Na końcu świata. I bez Cijina! No jak?

  Coś jednak we mnie pękło w okolicach sierpnia. Coraz częściej zdarzały nam się konflikty, ja stałam się jakaś nerwowa, czepliwa, momentami wręcz nieznośna (nawet dla samej siebie). A może po prostu przemęczona, znudzona, sfrustrowana – wszak jak usiedliśmy na tyłkach we wrześniu poprzedniego roku w wygodnej i luksusowej willi na Phuket, tak siedzimy po dzień dzisiejszy. Oczywiście pracujemy, jeździmy na plażę, pływamy, wygłupiamy się, gotujemy, pieczemy i robimy setki innych rzeczy każdego dnia, ale to wszystko stało się jakieś takie powszednie, zaczynała wkradać się rutyna i nuda. Moja część mózgu, która odpowiada za to, że uwielbiam się włóczyć, walczyć o przetrwanie i jeść przysłowiowy mech podczas takiej walki zwyczajnie zapragnęła nowych doznań. Uznałam, że teraz albo nigdy: moment był idealny – niski sezon na Phuket, nic sie nie działo w pracy. Z Cijinem momentami już mieliśmy siebie dosyć na tyle, że raz nawet wziął i się wyprowadził na kwadrans z naszej sypialni i wprowadził do pokoju gościnnego. Jednym słowem źle się działo i tylko Vipassana mogła mnie uratować.

  Spakowałam więc niewielki tobołek, wrzuciłam do niego książkę, tablet, notatnik, parę ciuchów, kilogram brązowego ryżu (z nadzieją na to, że w centrum medytacji zechcą mi go codziennie gotować, bym nie musiała jeść ryżu białego, który strasznie blokuje mi jelita), parę torebek herbaty i wyruszyłam autokarem w stronę dalekiej północy Tajlandii. Centrum, które sobie wybrałam, znajduje się w sąsiedztwie Chiang Mai – bazy wypadowej dla wszelkich trekkingów i wędrówek po okolicznych szlakach. Zupełnie nie przejmowałam się tym, że o ile u nas na Phuket deszcz pada tylko od czasu do czasu (mimo, że trwa właśnie pora deszczowa), o tyle im dalej wypuszczę się na północ, tym będzie gorzej. „Trochę deszczu jeszcze nikomu nie zaszkodziło” – myślałam w duchu i zatopiona w dźwiękach muzyki płynących z tabletu, z wielką ekscytacją pokonywałam kolejne kilometry, wyglądając przez okno autokaru. Strugi deszczu zalewające szybę rozmywały obraz a ja z zachwytem myślałam o tym, jak to cudownie być znowu w drodze.

  Droga z Chiang Mai do centrum medytacji zdawała się nie mieć końca. Moja taksówka wspinała się krętymi serpentynami coraz wyżej i wyżej, od czasu do czasu żałośnie wyjąc z rozpaczy, gdy zza zakrętu wyłaniała się kolejna stromizna. Wysyłałam ostatnie pożegnalne wiadomości do Cijina i mojej Mamy, gdy taksówkarz wysadził mnie tuż przed bramą, wokół której roiło się od turystów. Po przekroczeniu wrót ujrzałam kilkaset schodów, które zalane niedawną ulewą i oblepione żółto-brązowymi liśćmi, wcale nie zachęcały do wspinaczki. Zacisnęłam mocniej pasek plecaka wokół bioder i ochoczo ruszyłam w górę. Im wyżej wchodziłam, tym więcej turystów pojawiało się dosłownie znikąd. Gdy dotarłam do świątyni okazało się, że teraz podobną ilość stopni muszę pokonać w dół, gdyż centrum medytacji znajduje się dokładnie po drugiej stronie świątyni i innego dojścia nie ma. Zejście było o tyle przyjemne, że wraz z każdym kolejnym schodkiem robiło się coraz bardziej zielono i coraz ciszej. Szczęśliwa zostawiłam wszystkich Chińczyków z telefonami na selfie-stickach za sobą i wkraczałam powoli w jakiś inny świat. Ledwo dotarłam na miejsce i zameldowałam się w biurze centrum medytacji, a już zaliczyłam upadek: poślizgnęłam się, schodząc po stromej, zalanej deszczem uliczce prowadzącej do mojego nowego „domu”. „Nie no, fajno, fajno. Jest pięknie, wyluzuj!” – zagadałam sama do siebie, otrzepałam brudny zadek i ruszyłam dziarsko w stronę pokoju. Otworzyłam wrota mojego królestwa i moim oczom ukazała się borsucza nora: to znaczy niewielki, ciemny jak bezksiężycowa noc pokoik, w którym stało łóżko, na podłodze leżała mata i kilka poduch do medytacji a przez pół pokoju rozciągał się swojski sznur do suszenia bielizny.

Fotor_150435626532982

Ochoczo rozpakowałam plecak, owinęłam się ręcznikiem i podreptałam pod prysznic. Spodziewałam się zimnej wody, ale to, co zastałam, wywołało u mnie bezdech i kilkusekundowy paraliż ciała. Co za to czułam, jak już wyszłam spod prysznica! O Bogowie! Jeszcze nigdy wcześniej moja krew nie krążyła tak wspaniale i żwawo po ciele, odżywiając każdą komórkę ciała. Senność minęła jak ręką odjął a ciało zalała przyjemna fala ciepła, choć wchodząc pod prysznic nie czułam z zimna żadnej ze swoich kończyn. Zadowolona ubrałam się w białe szaty i wyciągnęłam na łóżku. Na zewnątrz deszcz walił rytmicznie o dachy i parapety a ja szczęśliwa wskoczyłam pod koc – do ceremonii rozpoczynającej mój pobyt miałam jeszcze dwie godziny, więc mogłam się spokojnie przespać. Przymknęłam oczy, naciągnęłam koc na czoło i delektowałam się odgłosami deszczu i otaczającej dżungli. Po chwili uznałam jednak, że coś chyba jest nie do końca tak jak być powinno, bo odnoszę wrażenie, że woda kapie mi na nogi. Otworzyłam oczy i zamarłam: z sufitu lało się ciurkiem w kilku miejscach, nie tylko na moje łóżko, ale i w okolicach pleacaka i wszystkiego, co tak pięknie rozłożyłam sobie obok niego przed paroma minutami. Wyskoczyłam jak poparzona i zaczęłam jeździć łóżkiem po pokoju w te i nazad, szukając najbardziej optymalnego ustawienia, tak by kapało obok a nie bezpośrednio na posłanie. Chyba w tym właśnie momencie zapaliła mi się w głowie czerwona lampka i pojawiło pierwsze pytanie, czy ja może nie popełniam największego błędu w życiu, marnując cenny urlop na jakieś dziwactwa, zamiast jak większość ludzi znaleźć sympatyczną bambusową chatkę na bezludnej plaży (o którą w niskim sezonie nie tak znowu trudno) i zaszyć się z Cijinem na te dwa tygodnie, ciesząc zmysły ciepłą wodą w morzu, bielutkim drobnym piaskiem pod stopami i drinkami z palemką na każde zawołanie. Na takie ekstrawagancje było jednak za późno, poza tym moja duma nie pozwoliłaby mi wrócić po trzech dniach do domu – wszak wyjechałam na ponad trzy tygodnie i tego zamierzałam się trzymać, trzeba więc było znaleźć rozwiązanie problemu zamiast podważać sens całego wyjazdu.

  Zanim jeszcze rozpoczęła się moja ceremonia powitalna, wręczono mi kartkę z planem dnia i informacjami, czego robić mi absolutnie nie wolno: właściwie łatwiej byłoby mi powiedzieć, co było dozwolone, niż wymieniać wszystkie zakazy. Mówiąc oględnie mogłam spać, medytować i jeść dwa razy dziennie, wszelkie inne aktywności były zabronione.Fotor_150523164563253

  Ni książki, ni muzyki, ni nawet pisania przez dwa tygodnie?! Wiedziałam o zakazie korzystania z telefonu, o zakazie rozmów z kimkolwiek, ale żeby mi muzyki zabraniać? Przecież ja nie potrafię siedzieć w ciszy, muzyka towarzyszy mi 24h na dobę od kilkunastu lat, nawet czytać bez muzyki nie potrafię, bo trudno mi skupić się na tekście! Załamana schowałam tablet i notatnik do plecaka. W tym momencie dotarło do mnie, że ja naprawdę przyjechałam do centrum medytacji i teraz (na własne z resztą życzenie) nie będę robić nic innego tylko medytować jak nawiedzona od rana do wieczora.

  Na ceremonii powitalnej mój nauczyciel poinformował mnie między innymi o tym, że przez najbliższe dwa tygodnie będę uczyć się medytacji w czterech pozycjach ciała: podczas chodzenia, stania, siedzenia i leżenia. Zaprezentował mi sposób, w jaki powinnam chodzić oraz technikę siadu i poprosił, bym zaczęła od naprzemiennego, piętnastominutowego chodzenia i siedzenia. Zdziwiłam się dosyć mocno, bo w moim przekonaniu człowiek może medytować tylko w pozycji siedzącej (i to tylko pod warunkiem, że siedzi tak pół dnia), ale cóż robić, skoro nauczyciel kazał, to poszłam do sali medytacyjnej i usiadłam. Bez stopera, bez alarmu, bez niczego co w jakikolwiek sposób odmierzałoby czas. Ot, przyjęłam pozycję jako tako przypominającą tę, którą pokazał mi nauczyciel, zamknęłam oczy i zaczęłam się zastanawiać, kiedy minie te 15 minut i jak ja to sprawdzę. Z jakiegoś powodu cały czas coś mnie swędziało, bolało, było niewygodnie, pękały mi plecy, więc co chwilę kręciłam się jak wtedy, gdy miałam kilka lat i poszłam z Mamą na koncert fortepianowy do szkoły muzycznej (dla niewtajemniczonych: usiadłam sobie wówczas w pierwszym rzędzie – z daleka od Mamy, która zajęła miejsce dużo dalej – i uwierzcie mi, po pierwszym kwadransie skupiałam na sobie więcej uwagi, niż pani, która grała na instrumencie. Po koncercie Mama mało nie urwała mi głowy ze wstydu i złości): to się drapiąc, to poprawiając swoje ułożenie, a to znowu myśląc ile już czasu minęło. Po dłuższej chwili uznałam, że jest mi tak strasznie niewygodnie, iż może to oznaczać tylko jedno: siedzę znacznie dłużej niż zadane piętnaście minut i najwyższa pora wstać. Wstałam i moje własne nogi mało mnie nie zabiły. Podczas siedzenia nie czułam, jak bardzo mi one zdrętwiały, za to kiedy stanęłam i wykonałam pierwszy krok, jedna ze stóp podwinęła mi się niczym turecki dywan i niewiele brakowało, a zbierałabym zęby z podłogi. Rozglądając się nerwowo dookoła (czy nikt nie widzi, co wyprawiam) i udając, że wszystko jest pod kontrolą, stanęłam i próbowałam doprowadzić stopy do stanu, w którym będę czuła coś więcej niż to, że nagle są one tak cudownie gumowe, że swobodnie mogłabym nimi owinąć własne uda. Kiedy w końcu stopy zaczęły zachowywać się jak stopy i mogłam znowu chodzić, podreptałam po dywanie w tę i z powrotem, po czym zadowolona i dumna z tego, że właśnie odbyłam pierwszą, półgodzinną sesję medytacji (przypominam, że nie miałam zegarka/alarmu/stopera, więc czas i jego poczucie były bardzo płynne) zebrałam swoje rzeczy i poszłam do pokoju. O 6 mieliśmy w planie chanting (mruczenie mantr) a ja czułam się zmęczona i chciałam się przed tym jeszcze przespać, więc nie miałam zbyt dużo czasu na medytację.

  Na chantingu przez pierwsze kilka minut czułam się jak na lekcji języka chińskiego (co prawda nigdy takiej nie odbyłam, ale wyobraźnia podpowiada mi, że może to wyglądać bardzo podobnie): dostaliśmy książeczki z mantrami (sama nie wiem w jakim języku), nauczyciel rzucił „let’s chanting together” i zaczął mruczeć i śpiewać, a cała grupa wraz z Nim. Usiłowałam złapać rytm, melodię, momenty wdechów i wydechów, ale szybko okazało się, że jest to ponad moje możliwości, więc ograniczyłam się do ruszania wargami bezgłośnie, by nie dezorientować reszty uczestników, którzy wydawali się być już całkiem nieźle rozśpiewani.

 

  Po wieczornych śpiewach zgodnie z rozkładem dnia powinniśmy udać się do sali medytacyjnej i kontynuować indywidualną praktykę. I wszyscy się udali, poza mną. Ja poszłam do swojego pokoju, zapaliłam światło w tej swojej borsuczej norze, usiadłam na łóżku i stwierdziłam, że mam problem, bo jestem głodna. Przypomniawszy sobie, że mam ze sobą mnóstwo herbaty, szybko pobiegłam z bidonem do dystrybutora z wodą i zaparzyłam sobie mięty z rumiankiem, poklepując się w duchu po ramieniu za ideę zabrania kilkunastu torebek ze sobą. Wypiłam 600ml gorącego nektaru (taką pojemność ma mój bidon) i trzęsąc się z zimna, udałam się pod prysznic. Tuż po wieczornej toalecie mój żołądek zaczął pokazywać mi co myśli o tym, jak go traktuję od południa. Wcale nie podobało mu się to, że od 12 piję gorącą wodę w hektolitrach oszukując go w duchu, że to ciepły posiłek. Poczułam skręt wnętrzności, które wydały przy okazji przeciągłe burknięcie, zgasiłam światło, nastawiłam alarm na 5 rano i pomyślałam: „oby do szóstego (września; a był dwudziesty czwarty sierpnia)”. Padający za oknami deszcz oraz ściskający jamę brzuszną głód uśpiły mnie w kilka minut.

  Kolejne dni mijały mi leniwie i przyjemnie monotonnie. Wstawałam o 5 rano, brałam prysznic, który sprawiał, że natychmiast czułam się jak Popeye po łyknięciu porcji szpinaku i z gorącą wodą w bidonie wdrapywałam się na górę do sali spotkań z nauczycielem, który o 5.30 każdego dnia rozpoczynał swój godzinny wykład. Między wykładem a śniadaniem (czyli między 6.30 a 7.00) starałam się spać, by nie myśleć o głodzie a gdy tylko wybijały pierwsze dzwony zwiastujące otwarcie stołówki, w podskokach wybiegałam z borsuczej nory i ustawiałam się w kolejce po swoją miskę strawy. To, co serwowano nam jako pierwszy posiłek (oraz wielkość porcji) powodowało tylko, że żołądek się jeszcze bardziej buntował i odmawiał współpracy: zazwyczaj podawano nam bowiem tzw. zupkę chińską z wkrojoną „wkładką” (czyli niewielka porcja sztucznych nudli z całą obrzydliwą zawartością saszetek dołączanych do tychże nudli + kilka wkrojonych listków opcjonalnie: kapusty pekińskiej/chińskiego brokułu/plasterków marchewki + coś, co było najtańszym odpowiednikiem zachodniej parówki – choć centrum zarzekało się, że serwuje posiłki tylko i wyłącznie wegetariańskie – i posypka – zazwyczaj odrobina szczypiorku). Po zjedzeniu miski tego czegoś człowiek już (a może nadal) był głodny i myślał tylko o lunchu, który serwowany był o 11. Czas między śniadaniem a lunchem powinien wypełniony być indywidualną praktyką, ale ja przez pierwsze trzy dni po prostu spałam, by nie myśleć o głodzie, który powoli powodował, że bliska byłam wejścia wgłąb dżungli, by znaleźć choć parę pędów bambusa lub czegokolwiek innego, co nadawałoby się do zjedzenia. Sytuacji nie ratował nawet fakt, że pierwszego dnia policzyłam ile zostało mi orzeszków laskowych z podróży i okazało się, że równe trzynaście, więc mogłam sobie pozwolić na to, by każdego dnia, po śniadaniu, zjeść jednego na deser. Jakże ja celebrowałam chwilę, kiedy po powrocie ze stołówki mogłam w końcu otworzyć pudełko i delektować się orzeszkiem! Przysięgam, żadne inne orzechy nie smakowały mi nigdy tak bardzo, ja te jedzone w centrum medytacji. Wracając jednak do rytmu mojego dnia: o 11 dzwony obwieszczały ponowne otwarcie wrót jadłodajni, więc z kolejną porcją gorącej herbaty w bidonie niemal biegłam na górę. Po dwóch dniach głodowania przez większość czasu już nawet nie przeszkadzało mi, że moja prośba o gotowanie mi porcji brązowego ryżu, który przywiozłam ze sobą, spotkała się z odmową a mój ryż z jakiegoś powodu wylądował w biurku pana zasiadającego w biurze. Musiałam zadowolić się ryżem białym, który (tak mi się wydawało) po niemal trzech latach w Azji przyprawia mnie o mdłości i natychmiastowy ból żołądka. Szybko się przekonałam, że to tylko moje fanaberie i ryż biały jest naprawdę rarytasem, zwłaszcza jeśli do niego dostaje się porcję dwóch różnych curry (choć miano curry jest tu dużym nadużyciem: były to bowiem ugotowane liście kapusty włoskiej/pekińskiej/brokułu chińskiego, pływające w wodzie, która służyła za polewkę do ryżu) i zupę (która była de facto mdławą wodą, w której pływały wielkie kawały tofu i kilka listków/gałązek kolendry lub tajskiej bazylii/kafiru). Białe, długie ziarna sprawiały jednak, że jęczący żołądek udawało się uciszyć na kilka godzin, co pozwalało skupić się na czym innym, niż jedzeniu (a raczej jego braku). Zazwyczaj więc tuż po lunchu kładłam się na kolejną drzemkę (w końcu jedzenie musiało się jakoś ułożyć), by o 12.30 świeża jak skowronek spotkać się z nauczycielem w celu zdania Mu relacji z moich medytacyjnych postępów oraz udania się do sali medytacyjnej na własną praktykę. Pierwsze kilka dni medytowałam zazwyczaj jedną lub maksymalnie dwie godziny, wychodząc zmęczona, jakbym przeorała kawał pola. Spacerowałam wówczas krokiem zupełnie niespiesznym po okolicy, by odpocząć i spędzić trochę czasu w otoczeniu dżungli. Czułam się wówczas jak pensjonariuszka domu spokojnej starości: z jednej strony było mi błogo, z drugiej nie do końca. Niby rozkoszowałam się tym spokojem i odcięciem, tą ciszą oraz zielenią, tym wolnym czasem i faktem, że nie muszę absolutnie nic, z drugiej zaś coraz bardziej doskwierała mi samotność i tęsknota do ludzi. Szybko przypominałam sobie jednak, że właśnie po to jechałam ponad 2000 km i natychmiast wracała mi radość z tego, co robię i w jakich okolicznościach.

  Już po kilku kolejnych dniach doszłam do wniosku, że my faktycznie jesteśmy pensjonariuszami i to miejsca zupełnie niezwykłego: Domu Opieki Duchowej. Im więcej czasu spędzałam we własnym towarzystwie, tym więcej przemyśleń pojawiało mi się na temat mnie, mojej rodziny, przyjaciół, tego jak żyjemy i jak się zachowujemy w stosunku do samych siebie i do siebie nawzajem. Dostrzegłam ogromną różnicę między nami – mieszkańcami Zachodu a wyznawcami Buddyzmu: o ile my od najwcześniejszych lat uczeni jesteśmy higieny osobistej i tego, jak dbać o nasze „skorupy” (wszyscy przecież bierzemy prysznic, dokonujemy zabiegów pielęgnacyjnych, depilacyjnych itd., szczotkujemy zęby, nakładamy makijaże, dbamy o fryzury na głowie, długość paznokci, nieskazitelną biel uśmiechu itd.itd.) o tyle Buddyści kładą ogromny nacisk na naukę tego, jak dbać o higienę własnego wnętrza, jak sobie radzić i wyzbywać się negatywnych emocji, jak pracować nad relacjami z bliskimi, by się wzajemnie rozumieć i wspierać (w Tajlandii na przykład mężczyzna, który spędził z mnichami więcej niż rok, w pojęciu kobiet jest idealnym materiałem na męża i przyszłego ojca). W otaczającej mnie ciszy w końcu mogłam usłyszeć własne myśli i to, co mi się ciśnie na usta. Przeraziło mnie to, co padłoby z nich, gdybym tylko mogła (i miała do kogo) się odezwać: komentarz gonił komentarz, a większość z nich była w tonie mocno prześmiewczym i dogryzającym. Mimo, że kompletnie nie znałam ludzi, którzy wraz ze mną przebywali w centrum, przez pierwsze dwa-trzy dni miałam bardzo dużo do powiedzenia na ich temat (przykładowo: „ta dziewczyna ledwo zaczęła medytację, a już wychodzi!”, „ten chłopak już trzeci dzień chodzi w tej samej koszuli”, „taka chuda a tak dużo je!” itd.itp.). Szybko zaczęło mnie samą drażnić to, co słyszałam w głowie i jeszcze szybciej zaczęłam ucinać podobne komentarze krótkim tekstem NIE OCENIAĆ. Tekst ten był zdecydowanie najczęściej powtarzanym w moich myślach w ciągu całego pobytu w centrum, czasem – choć wydawało mi się, że zgryźliwych myśli pojawiało mi się z każdym dniem coraz mniej – aż krzyczałam na siebie w duchu, szybko sprowadzając się do tzw.parteru. Jedno NIE OCENIAĆ, DO CHOLERY! i natychmiast kierowałam swoje myśli na właściwie tory. Ileż zbędnych, często raniących/sprawiających przykrość słów musiało padać z moich ust w przeszłości, pod wpływem chwili lub emocji tylko dlatego, że łatwość i swoboda wypowiedzi uprzedzała refleksję nad tym, co i w jakiej formie mówiłam!

  Z każdym dniem (choć wydawało mi się, że nie odczuwam żadnych większych zmian) moja potrzeba medytacji zadziwiająco rosła, zaś moje ciało niepostrzeżenie przechodziło ogromną transformację. Coraz bardziej zaczęłam doceniać to, że muszę również chodzić (a nie tylko siedzieć), zwłaszcza w dniach, gdy nauczyciel dodawał mi kolejne 5 minut do długości medytacji (czyli 20 minut chodzenia i 20 minut siedzenia, 25 minut chodzenia i 25 minut siedzenia, itd.itd. Wszystko szło gładko do momentu, gdy nauczyciel poinformował mnie, że aby medytacja miała sens, każdy z elementów powinnam powtórzyć trzy razy, robiąc sobie maksymalnie kilkuminutowe przerwy. To znacząco wydłużyło czas mojego medytowania i koncentracji, co wcale nie było łatwe). Moje plecy przestały mnie boleć, z okrągłych stawały się coraz bardziej proste a głowa zaczęła kierować się ku niebu a nie stóp, jak to miało miejsce do tej pory. Kompletnie zapomniałam o bólach głowy, na które cierpię regularnie od kilku lat (kto mnie zna ten wie, jak potworne bóle głowy od karku miewałam w przeszłości). Zauważyłam również, że mój oddech znacznie zwolnił i się pogłębił niezależnie od tego, czy zwracałam nań uwagę w czasie medytacji czy w jakimkolwiek innym momencie w ciągu dnia. Prawdziwa próba dla magicznych efektów medytacji nadeszła jednak 1.09 (czyli dziewiątego dnia pobytu w centrum), kiedy rozpoczęła się moja menstruacja. Choć już swoje lata mam i – co za tym idzie – ponad dwieście miesiączek za sobą, pierwsze dwa dni były dla mnie zawsze bardzo ciężkie. Każdego miesiąca skurcze podbrzusza wyciskały mi łzy podobnie jak wtedy, gdy miałam ledwo trzynaście lat i okres przechodziłam po raz pierwszy w życiu. Głowa chciała pęknąć z bólu a ogólne samopoczucie powodowało, że łóżko było w tych dniach moim jedynym i najlepszym przyjacielem. Gdzie by nie sięgnąć – plecak, saszetka, kosmetyczka czy kieszonka w kurtce – zawsze można było znaleźć jakieś tabletki przeciwbólowe, schowane na wypadek, gdyby menstruacja zaskoczyła mnie na przykład w pracy. Z ręką na sercu: tylko silne leki przeciwbólowe trzymały mnie wówczas przy życiu. Tymczasem 1.09 ja swoje podbrzusze po prostu czułam, ale tego nie można było nazwać bólem! Ból głowy? Nic podobnego! Po raz pierwszy w życiu przeszłam okres bez sięgania po środki przeciwbólowe. Co więcej, byłam w stanie medytować przez kilka godzin w pełnym skupieniu, bez rozmyślania nad swoim cierpieniem i płynącą z niego szlachetnością. To spostrzeżenie spowodowało, że zaczęłam przekonywać się do medytacji coraz bardziej i bardziej.

  Jestem takim typem osobowości, który by czuć że żyje, potrzebuje stałej dawki nowych bodźców. I moja obecna praca zaspokaja te potrzeby w stu procentach. Często zdarza mi się jednocześnie prowadzić samochód i wycieczkę, co powoduje z kolei, że w tym samym momencie myślę o tym, co się dzieje na drodze, co opowiadać klientom i jeszcze o tym, czy już powinnam zadzwonić i zarezerwować dla nas daną atrakcję/lunch czy jeszcze z tym chwilę poczekać. Mój wzrok nieustannie błądzi między telefonem, na którym wyświetla się mapa, przednią szybą, która daje mi obraz tego, co się dzieje przed nami, lusterkami bocznymi pozwalającymi kontrolować sytuację wokół naszego pojazdu a lusterkiem wstecznym, w którym widzę swoich gości, siedzących najczęściej z tyłu. Nawet jeśli płynę z klientami na nurkowanie, muszę myśleć o wielu sprawach jednocześnie: by oprowadzić gości po łodzi, zaplanować i zrobić omówienie naszego nurkowania, dopasować i skręcić sprzęt, pamiętać o doświadczeniu i poziomie zaawansowania moich podopiecznych gdy jesteśmy w wodzie, pokazać im możliwie jak najwięcej podwodnego życia i nieustannie dbać o ich bezpieczeństwo, komfort i zadowolenie. Pominięcie jednego z wymienionych elementów spowoduje mniejsze lub większe – ale jednak – problemy.
Od wielu lat muzyka towarzyszy wszystkiemu, co robię. Radio zwykłam zostawiać włączone nawet na noc, bo lubię zasypiać i budzić się słysząc miłe dla ucha melodie. Jak już wspomniałam wcześniej – nawet książkę czytałam przy muzyce, bo sama książka, choćby była nie wiem jak interesująca, to wciąż dostarczała mi zbyt mało doznań. Nigdy nie odczuwałam nudy, co przyznaję z dumą, ale po chwili nachodzi mnie reflekcja czy aby na pewno jest tu z czego być dumnym, skoro żyję w dobie Facebooka: zanim nawet zdążę odczuć nudę, odruchowo sięgam po telefon i jedno kliknięcie powoduje, że mam co robić przez kolejne kilka godzin. Mogę czytać, oglądać, słuchać, rozmawiać, pisać i odczuwać najrozmaitsze emocje w ciągu zaledwie paru chwil, wystarczy tylko przewijać pasek aplikacji. W tym momencie nawet nie jestem w stanie określić, kiedy dokładnie zaczęły mi się pojawiać trudności z koncentracją. Niby nic wielkiego, na pewno nic, co uniemożliwiałoby normalne, codzienne funkcjonowanie. Ale czym jest właściwie normalne funkcjonowanie? Czy normalną jest sytuacja, w której podczas oglądania filmu co pół godziny musiałam robić sobie przerwę (bo choć oglądany film mi się podobał, jednocześnie mnie nużył i żeby przywrócić sobie zainteresowanie fabułą ja MUSIAŁAM przez kilka minut scrollować Facebooka / Instagram lub sprawdzić wiadomości na Messengerze)? Czy to normalne, że bez muzyki grającej w tle nie rozumiałam treści czytanego tekstu? W końcu – czy to normalne, że przez pierwsze dwa dni w centrum ja nie byłam w stanie usiąść z zamkniętymi oczami na 15 minut w bezruchu, a kiedy już usiadłam to zamiast myśleć o swoim oddechu, myślałam właściwie tylko o tym, kiedy minie wyznaczony kwadrans?

  Już od mniej więcej czwartego dnia zaczęłam dostrzegać POTĘŻNE zmiany w możliwościach skupienia swojej uwagi i koncentracji. Przestałam się wiercić podczas porannego wykładu nauczyciela i popołudniowego chantingu (sprawdzając co i rusz ile czasu jeszcze zostało do końca), podczas siedzenia medytacyjnego zamieniałam się w skałę: nie ruszały mnie żadne dźwięki otoczenia, latająca koło mnie mucha czy komar. Przestałam myśleć o czasie, delektując się momentem wyciszenia i spokoju. Otaczająca mnie cisza przestała wywoływać dyskomfort i poczucie samotności. Zauważyłam również, że bardzo dużo śnię – w zasadzie nigdy wcześniej tyle nie śniłam. Każdej nocy i podczas każdej drzemki w ciągu dnia pojawiały mi się senne wizje i obrazy, w większości bardzo pozytywne choć zupełnie nierealne (a zwykle miewałam sny super realne, w większości przypadków z udziałem moich najbliższych). Od mniej więcej piątego dnia, podczas medytacji w pozycji siedzącej (gdy wkroczyłam w etap medytacji 30min:30min) zaczęły mi się pojawiać sceny z mojego własnego życia. Powinnam nawet rzec, że kiedy tylko zamykałam oczy natychmiast czułam się tak, jakbym właśnie usiadła w kinie i oglądała projekcję przedstawiającą cały mój dotychczasowy żywot. W ciągu trzydziestu minut podróżowałam setki razy w czasie i przestrzeni, oglądając na przemian sceny z dzieciństwa i z czasów obecnych. W jednym momencie widziałam siebie jako szczęśliwą pięciolatkę bawiącą się ze swoimi kuzynami gdzieś w miasteczku rodzinnym, by po chwili obserwować się kolejno podczas aktu miłosnego z Cijinem w Tajlandii, pożegnania odchodzącej Babci w Czechach, tańców na licealnej imprezie domowej u koleżanki w Legionowie, wyjazdu z Babcią i Dziadziem do Szczecina, jakiejś kolacji wigilijnej w Ursusie itd.itd. Przed oczami pojawiały mi się dziesiątki, jeśli nie setki scen z wielu miejsc, z udziałem najróżniejszych osób bliższych i dalszych memu sercu – często nawet tych, o których wydawać by się mogło, że już dawno zapomniałam (bo byli np.sąsiadami mojej Mamy lub Babci i zmarli kilkanaście lat temu). W nozdrzach wielokrotnie czułam zapachy kojarzące się z konkretnymi miejscami / sytuacjami z dzieciństwa. Wizje, które miałam pod zamkniętymi powiekami przekładały się na moje reakcje w rzeczywistości: uśmiech przeplatał się z płynącymi łzami wzruszenia lub rozpaczy, złość z zadowoleniem, strach z pewnością siebie, wstyd z dumą. Obserwowałam to, jak ktoś sprawia mi przykrość w dalekiej przeszłości i w tej samej sekundzie pojawiała się kolejna scena, w której to ja ranię kogoś w przeszłości jeszcze bardziej odległej. Od tego momentu medytowałam naprawdę jak nawiedzona, by przeżyć jeszcze raz te wszystkie emocje i chwile z mojego życia. To, co widziałam, pozwalało mi zrozumieć wiele z tego, co się ze mną działo, zaakceptować swoje reakcje i zachowania z ostatnich lat lub miesięcy. Każdego dnia spędzałam w sali medytacyjnej 6-7 godzin, ciesząc się jak dziecko ilekroć nadchodził czas, by po raz kolejny usiąść i zamknąć oczy. Pragnęłam te wszystkie sceny zapamiętać, utrwalić, zachować. Dziewiątego, a może dziesiątego dnia ze smutkiem dostrzegłam, że obrazów przy każdej medytacji pojawia się coraz mniej i mniej, a ja coraz świadomiej skupiam się na zadanych przez nauczyciela punktach na ciele. Jednocześnie uwolniłam się od potrzeby zapamiętania tego, co oglądałam przez ostatnie dni – przecież to wszystko jest i pozostanie we mnie na zawsze. Około dwunastego dnia poczułam się jak mocno zużyta butelka, którą ktoś właśnie doczyścił szczotką od środka, przywracając jej dawną czystość i połysk. W ciągu zaledwie kilku dni przeżyłam głęboką terapię, która mocno wyczerpała mnie fizycznie. Od dwunastego dnia zaczęłam odliczać czas do zakończenia mojego pobytu w centrum, praktycznie w ogóle nie medytowałam. Złamałam jeden z zakazów (chcę wierzyć, że skoro zrobiłam to w dobrej wierze, to nie jest to tak straszne przewinienie). Wyciągnęłam z plecaka swój notatnik i zrobiłam w nim dwie listy. W jednej wymieniłam wszystkie sytuacje z mojego życia, które do dziś wywołują u mnie poczucie wstydu za swoje zachowanie, w drugiej wszystkie te, z których jestem dumna. Wybaczyłam sobie to, czego nie jestem już w stanie naprawić i starałam się znaleźć rozwiązania na te „wstydy”, z którymi jeszcze można coś zrobić. Wypisałam długą listę osób, którym chciałabym za coś podziękować, za coś przeprosić lub po prostu poinformować, jak ważni są w moim życiu. Roznosiło mnie od środka, bo chciałam to wszystko zacząć robić teraz, już, natychmiast, a tu wciąż były w perspektywie dwa dni do przeżycia w centrum.

  Prawdziwe zdumienie przeżyłam jednak dopiero wtedy, gdy opuściłam świątynię. Przez te raptem 14 dni zdążyłam zapomnieć, jak wygląda świat poza centrum. Ile w nim hałasu, chaosu, agresji (nawet nie tej cielesnej; uderzyła mnie agresja przekazu płynącego z telewizji, którą przez parę minut mimowolnie oglądałam podczas oczekiwania w szpitalu). W jakim pośpiechu ludzie żyją i jak gonią sami nie wiedząc za czym. Samą siebie zadziwiłam swoim wewnętrznym spokojem, którego mi brakowało od wielu lat. Choć żyję w Azji, jestem szczęśliwa i spełniona, do tej pory nie udało mi się uciec od swoich nerwowych reakcji i szybkiego zniecierpliwienia, jakie natychmiast mnie ogarniały, jeśli tylko coś szło nie po mojej myśli. Z zachwytem stwierdziłam, że obecnie przyjmuję rzeczy takimi, jakimi są – bez narzekania, komentowania, analizowania. Że potrafię siedzieć przez 3 godziny na dworcu autobusowym i czekać na swój autobus bez nerwowego sprawdzania zegarka, bezcelowego kręcenia się wokół poczekalni, bez zaglądania w telefon i przewijania Facebooka co kilka minut. Choć tęskniłam już za Cijinem do szaleństwa a od naszego spotkania dzieliły nas jeszcze dwie doby, jednocześnie odczuwałam jakiś taki spokój – że przecież to już niedługo, najpierw musi wydarzyć się kilka innych rzeczy i zaraz po tym Go zobaczę. Odkryłam w sobie pokłady cierpliwości, której wcześniej nie miałam niemal w ogóle.

  Minął tydzień, odkąd zakończyłam kurs medytacji. Niski sezon trwa na Phuket w najlepsze, więc oboje z Cijinem mamy niewiele pracy. Dzięki temu możemy sobie przypomnieć stare, dobre czasy, kiedy spędzaliśmy 24 godziny na dobę razem. Mam wrażenie, że nasza relacja jest dużo dojrzalsza, że mamy do siebie jeszcze więcej szacunku, zrozumienia i uczucia. Mimo tego, że spędzamy tyle czasu ze sobą, nie mamy żadnych konfliktów (zanim wyjechałam kłóciliśmy się niemal codziennie). Wspieramy się ogromnie w tym, co robimy i ze spokojem patrzymy w przyszłość. Co prawda nie udało mi się opanować sztuki kontrolowania tempa bicia własnego serca, ale i tak otrzymałam dzięki Vipassanie znacznie więcej, niż się spodziewałam. Szczerze? Pojechałam tam wypocząć i się zregenerować, nabrać energii na kolejne miesiące. Oprócz tego, że wypoczęłam jak dawno nie i zregenerowałam się tak, jakbym przez tydzień nie wychodziła ze SPA, dostałam coś znacznie cenniejszego: wewnętrzny spokój, cierpliwość, umiejętność koncentracji, uważność w tym, co robię. Przypomniałam sobie, jak ważne jest to, by doceniać wszystko co się ma i nie oceniać nikogo ani niczego. Ile znaczą ludzie w moim życiu i jak wiele wspaniałych emocji mi dostarczyli na przestrzeni tych wszytkich lat. Jak ważna jest miłość i to, że zostałam obdarowana możliwością komunikacji, wyrażania swoich myśli, emocji i uczuć poprzez słowa. Że nie mam prawa tego nadużywać i pleść, co mi ślina na język przyniesie, bo słowa mają moc i zostają w pamięci na wiele lat.

14700927_1124644770923430_247484377848631726_o

 

 

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Chiang Mai, Vipassana – medytacja w ciszy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s