Laos – zapomniana kraina

Kiedy wjechałam mikrobusikiem z Chin do Laosu, poczułam, że właśnie dotarłam na koniec świata: wokół rozpościerał się iście bajkowy krajobraz, nietknięty ręką człowieka. Otaczało nas wiele rozmaitych kształtów i rozmiarów pagórków i wzniesień, porośniętych soczystą i gęstą zielenią. Tu i ówdzie rozciągały się zalane wodą pola ryżowe połyskujące w świetle popołudniowego słońca. Droga, którą podążał nasz mikrobus, raz po raz przecinała tę sielankową scenerię, dając mi poczucie, że oto zapuszczamy się naprawdę na sam kraniec świata, którego nikt wcześniej nie odkrył. Po dwóch mniej więcej godzinach nasz busik, zamiast utknąć pośrodku bezkresu (wszak to koniec świata!) dotoczył się jednak do niewielkiego miasteczka zwanego Luang Namtha.

Podczas podróży mikrobusikiem poznałam co najmniej kilka osób podróżujących w podobny sposób do mojego, pochodzących z najróżniejszych części świata. Jedną z nich był Sergi, z którym szybko nawiązaliśmy porozumienie. Po kilku przegadanych godzinach uznaliśmy, że nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy połączyli siły i popodróżowali choć przez chwilę razem. Dwa wspólne tygodnie zamieniły się w niezapomniany czas, podczas którego Sergi dał mi kilka bardzo cennych lekcji. Ten temperamentny, wyluzowany i pogodny Hiszpan, z wyglądu przypominający nieco Roberto Benigniego, witał każdy dzień kilkugodzinną sesją jogi w starannie wyszukanym, bardzo urokliwym miejscu znajdującym się z dala od zgiełku miasteczka. Kończył go natomiast muzykowaniem na łonie natury – najczęściej nad brzegiem rzeki, w otoczeniu bawiących się dzieci i kobiet robiących pranie. Towarzyszyłam Mu w tych sesjach, podejmując nieudolne próby wejścia w asany, które Jemu przychodziły z lekkością cyrkowego akrobaty, lub przeszkadzając dmuchaniem w harmonijkę mojego dziadka (w duchu wierzyłam, że Mu akompaniuję). Wspólnie medytowaliśmy, przechadzaliśmy się ulicami miasteczka, rozprawialiśmy z miejscowymi o życiu, wyszukiwaliśmy nowe smaki na lokalnym bazarku, no i… razem muzykowaliśmy (naprawdę chcę w to wierzyć). Wybraliśmy się na kilkudniowy trekking po dżungli i mimo  że dżungli jakoś nie udało nam się znaleźć, przeżyliśmy naprawdę piękny czas. Przy Sergim poznałam zupełnie inny sposób na życie i podróż, On pokazał mi jak zwolnić, zatrzymać się i po prostu zachwycić wszystkim, co nas otacza. Wegetarianin rozkochany w naturze w przeciągu dosłownie paru chwil sprawił, że i ja zaczęłam patrzeć na świat zupełnie innymi oczami. Idea slow life, którą świetnie znałam w teorii i na temat której zaczytywałam się będąc w Polsce, nareszcie zrealizowała się w praktyce. Właściwie dopiero, gdy poznałam Sergia, zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo gnałam podczas swojej dotychczasowej podróży przez Białoruś, Rosję, Mongolię i Chiny, bez żadnego powodu. A przecież wyjeżdżając z Polski, obiecałam sobie, że podróż ta nie tylko umożliwi mi zobaczenie nowych miejsc i poznanie wielu ludzi, ale przede wszystkim będzie drogą do zwolnienia i wyciszenia się. Poznanie Sergia przypomniało mi, że nie tylko miejsca, ale również ludzie mogą być inspiracją i katalizatorem zmian w naszym życiu. Czasem, jak się okazało, jeden człowiek napotkany przypadkowo i przelotnie wystarczy, by zmienić sposób naszego myślenia i patrzenia na świat.

Laos, jaki jawił się przede mną, był niczym zapomniana kraina. Mimo że, ku mojemu rozczarowaniu, wcale nie był krańcem świata, koił mnie swoim spokojem, ciszą i rozległymi połaciami zieleni. Napotkani Laotańczycy nieustannie zachwycali mnie prostotą swojego życia, radością, jaką czerpali z każdego przeżytego dnia oraz czystością intencji. Nawet turyści zdawali się być inni niż zazwyczaj: pełni ideałów backpakerzy, niepoprawni optymiści żyjący w harmonii z otaczającą naturą. Gdy uznaliśmy z Sergim, że nasz wspólny czas dobiegł końca i każde z nas ruszyło w swoją stronę, w głębi serca było mi nieco przykro, że nastąpiło to tak szybko. Czułam niedosyt przebywania z Nim, chciałam się od Niego jeszcze czegoś nauczyć, przeżyć jeszcze kilka wspólnych sesji jogi, zagrać choć kilka kanciastych melodii na naszych instrumentach. Mój smutek minął jednak bardzo szybko dzięki Laotańczykom.

Postanowiłam wrócić do wioski, z której rozpoczęliśmy z Sergim i w której zakończyliśmy przed paroma dniami nasz trekking. Bardzo odpowiadało mi to, że w wiosce absolutnie nikt nie mówił ani słowa po angielsku. Mój plan zakładał spanie pod namiotem w pobliżu domostw, zaprzyjaźnienie się z lokalną społecznością i zatopienie się w ich codzienności na tyle, bym mogła swobodnie poprzyglądać się ich stylowi życia, codziennym trudnościom i radościom. Siedziałam już w mikrobusiku zmierzającym do wspomnianej wioski i snułam wizje swojego pomieszkiwania pośród bambusowych chat, gdy siedząca tuż obok mnie dziewczyna – rodowita Laotanka – nawiązała ze mną rozmowę. Noy jechała ze swoim ojcem do innej wioski, niż zmierzałam ja, by uczestniczyć w mnisich święceniach najmłodszych członków rodziny. Już po kilku minutach rozmowy zaproponowała, bym zmieniła plany i dołączyła do nich. „Taka okazja nieczęsto się zdarza, zobaczysz coś, czego świadkami zazwyczaj są tylko członkowie rodziny!” – przekonywała mnie, choć tak naprawdę wcale nie musiała. Sam fakt zaproszenia mnie w progi laotańskiego domu był dla mnie bardzo nobilitujący i czułam, że gdybym odmówiła, popełniłabym duży nietakt. Niewiele myśląc, po kolejnym kwadransie rozmowy wyskoczyłam za Noy i jej ojcem z mikrobusika, by spędzić kilka dni wśród ich bliskich. Przyznam, że nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Nie byłam kompletnie przygotowana na takie spotkanie, a jednocześnie ciekawość tego, co się wydarzy, dosłownie mnie pożerała. Popołudniowe słońce przyjemnie otulało okolicę, gdy z plecakiem na plecach, kapeluszem na głowie, Noy po prawej i jej ojcem obok wkroczyliśmy między chaty. Złożyłam dłonie na wysokości klatki piersiowej w geście powitania i z bijącym jak młot sercem kłaniałam się napotkanym po drodze ludziom. Zapomniana kraina, jak nazwałam w myślach Laos, z każdą kolejną minutą coraz bardziej mnie fascynowała. Mieszkańcy na chwilę odrywający się od swoich prac by na nas spojrzeć, którym przyjaźnie kiwałam głową, zdawali się jeszcze bardziej zdumieni moim przybyciem. Nie mogłam się doczekać, kiedy ich wszystkich poznam, kiedy przełamiemy barierę skrępowania i nieśmiałości. Gdy weszliśmy na jedno z podwórzy i zaczęliśmy się wspinać po stromych schodach prowadzących na taras oblegany przez kobiety i dzieci, czułam już, że będzie dobrze. Wszystkie twarze skierowały się natychmiast na nas, rozpromieniły w uśmiechach i wybrzmiały chóralnym Sa Bai Dee – laotańskim powitaniem.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Laos – zapomniana kraina

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s