Chiński lifestyle

Chiny są dla mnie krajem wielu kontrastów. Jak wspominałam w poprzednich postach – masa Chińczyków potrafi wykończyć nerwowo w kilka minut, za to pojedynczy Chińczyk lub Chinka jest w stanie przywrócić wiarę w człowieczeństwo. W metropolii można zadusić się zawieszonym nad miastem smogiem wytwarzanym przez okoliczne fabryki (zastanawiając się jednocześnie, gdzie u diabła podziało się niebo?), by tuż po wyjeździe z niej zobaczyć zupełnie inny krajobraz: zatopione w soczystej zieleni góry i skały, a ponad nimi błękitne niebo dające poczucie swobody oddychania pełną piersią – krótko mówiąc, naturę, której nie tknęła jeszcze ręka Chińczyka. Można przechadzać się główną ulicą miasta i mimo usilnych starań i próśb o udzielenie pomocy napotkać tylko obojętność i chłód ze strony przechodniów, a gdy tylko skręci się w przypadkową boczną uliczkę otrzymać zaproszenia do wspólnej gry w coś, co przypomina nieco szachy, ale nimi nie jest, lub po prostu do krótkiej pogawędki. Można przechadzać się chodnikiem i tuż obok butików z ubraniami podziwiać martwe prosiaki wywieszone na hakach jako wystawa sklepu mięsnego. W najbardziej obskurnej jadłodajni trafić na najlepiej przyrządzoną zieloną herbatę lub wybornie wprost doprawioną potrawę.

Chińczycy są bardzo specyficznym narodem, trudnym do zaszufladkowania. Z jednej strony dość bojaźliwi i spolegliwi, z drugiej zawzięci i uparci (w znaczeniu pozytywnym, zwłaszcza jeśli chodzi o dążenie do obranego celu). Często głośni i dość obrzydliwi w swoich zachowaniach, a jednocześnie empatyczni i opiekuńczy. Pochłonięci swoimi sprawami, a jednak w znakomitej większości zawsze znajdą czas, by wysłuchać, odpowiedzieć i doradzić. Ciekawscy do granic możliwości, choć z niewiadomych przyczyn da się te ich ciekawość lubić i, co więcej – szybko uznać ją za niegroźną i nie zwracać na nią szczególnej uwagi. Wytrawni degustatorzy trunków wszelakich, uzbrojeni w najnowsze gadżety wieczni nastolatkowie, marzyciele twardo stąpający po ziemi, serdeczni znajomi na długie lata. Choć wiele zapewne zależy od regionu, środowiska, majętności i innych czynników.

Zanim wjechałam do Chin, wielokrotnie słyszałam o blokadach witryn i całych serwisów internetowych. Naiwnie, a może wręcz głupio myślałam, że mnie ten problem z jakiegoś powodu nie będzie dotyczył. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na miejscu okazało się, że o sprawdzeniu poczty elektronicznej lub zamieszczeniu relacji z podróży na FB mogę tylko pomarzyć. Nagle mój tablet stał się zupełnie bezużyteczny, bo przecież bez możliwości korzystania z takich serwisów i komunikatorów jak Google, Facebook, WhatsApp czy YouTube mój jedyny łącznik ze światem na niewiele mi się zdawał. Jeszcze bardziej jednak zdziwiło mnie podejście Chińczyków, którzy, śmiejąc się, mówili: „No, nie możemy korzystać i nic się z tym nie zrobi. Ale radzimy sobie! Zamiast WhatsAppa mamy WeChat, zamiast Facebooka mamy… (tu się pojawiała nazwa aplikacji działającej na podobnej zasadzie jak FB) itd. Czy mi brakuje tych zachodnich odpowiedników? A skąd!”. Jestem przekonana, że gdybyśmy my, Polacy, byli w podobnej sytuacji, ów system blokad i zakazów byłby łamany setki razy, codziennie, przez dosłownie każdego. W Chinach ludzie nie mają z tym problemu, godzą się ze swoim losem i tylko garstka z nich z tęsknoty do kontaktu ze światem zewnętrznym staje na głowie i inwestuje setki dolarów w rozmaite VPNy, by ten kontakt mieć. Władze kraju natomiast co i rusz te VPNy wynajdują, blokują i likwidują. I tak to przeciąganie liny trwa od lat, jednak nie wróżę dużego sukcesu zbuntowanym obywatelom, jako że jest ich zwyczajnie za mało.

Co mnie urzekło w Chinach, gdy przechadzałam się tamtejszymi placykami, parkami czy ulicami? Przede wszystkim to, że wbrew moim wyobrażeniom świat ludzi tam żyjących nie kręci się tylko i wyłącznie wokół pracy, kariery, wyścigu szczurów i potrzeby bycia najlepszym. Nie kręci się nawet wokół biurowców i fabryk. Niezależnie od wieku, każdy znajduje czas na to, by zwolnić lub wręcz zatrzymać się na kilka godzin i zrobić coś dla siebie: spotkać się z przyjaciółmi na miejskiej (publicznej) siłowni lub na partyjce gry planszowej, nakarmić ptaki w parku, spędzić popołudnie z dziećmi, pospacerować. By wpaść na lokalny bazarek i kupić świeże warzywa, owoce i mięso. By usiąść pod pretekstem skorzystania z usługi czyszczenia butów, a przy okazji uciąć sobie długą pogawędkę z panią, która tę usługę wykonuje. Nawet grupy tych, których kalendarze są napięte do granic możliwości – elegancko ubranych yuppie – są w stanie znaleźć parę minut w ciągu dnia na lunch lub kolację w gronie przyjaciół i na kilka kieliszków czegoś mocniejszego. A Chińczycy nie tylko lubią coś mocniejszego, ale, co ważniejsze – mają swoją etykietę: rodzaj chińskiego savoir vivre’u mówiący z kim i w jaki sposób można (lub należy) wychylić kieliszek (lub kilka). Radzę się z nim zapoznać przed wyjazdem do kraju zielonej herbaty ;-). Tak sobie myślę: w zasadzie chińskie życie jest bardzo zbliżone do tego naszego, polskiego. Do tego, które sama wiodłam przed wyjazdem. Bo tak jak i ja starałam się usilnie znaleźć balans pomiędzy pracą, studiami, prowadzeniem zdrowego trybu życia, siłownią i spotkaniami z przyjaciółmi, tak równie usilnie robią to Chińczycy. I muszę przyznać, że całkiem dobrze im to wychodzi.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Chiński lifestyle

  1. „masa Chinczykow potrafi wykonczyc nerwowo w kilka minut, za to pojedynczy Chinczyk lub Chinka jest w stanie przywrocic wiare w czlowieczenstwo” – przepięknie to ujęłaś. Takie są właśnie Chiny – bierzesz głęboki oddech i próbujesz jeszcze raz 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s