Odkrywamy Bali – spanie na dziko pod namiotem

TAK, TAK I JESZCZE RAZ TAK!!!!!

Na Bali znaleźliśmy się zupełnie przypadkowo i niespodziewanie. W planach była dłuższa żegluga przez Indonezję, po której miała nastąpić jeszcze dłuższa eksploracja Papui-Nowej Gwinei – krainy z moich snów i marzeń. A jak eksploracja, to wiadomo: namiot, śpiwór, ciężkie buty, latarka, scyzoryk i jazda! Tak przygotowani wylądowaliśmy jednak na Bali – nasz kapitan z powodu niekorzystnego wiatru musiał zmienić trasę żeglugi do Australii, w związku z czym zamiast do P-NG dopłynęliśmy właśnie na tę najbardziej zatłoczoną wyspę archipelagu indonezyjskiego. Zgodnie uznaliśmy, że widocznie Bali było nam pisane i ograniczone fundusze nie przeszkodzą nam w objechaniu wyspy wzdłuż i wszerz.

Wynajęliśmy na dwa tygodnie jeden skuter na naszą dwójkę, zapakowaliśmy plecak i ruszyliśmy przed siebie. Pierwszego wieczoru mieliśmy spore obawy, czy spanie na dziko w namiocie nie skończy się dla nas mandatem lub wizytą na posterunku policji, ale o dziwo nic takiego nas nie spotkało. Zamiast tego mieliśmy okazję spać w najpiękniejszych, czasem niemal nieodkrytych jeszcze przez turystów miejscach – tuż przy pięknych plażach, w otoczeniu skał, gór i bujnej roślinności.

Intuicja i ciekawość („dokąd prowadzi ta dróżka?”, „ciekawe czy za tymi skałami jest skrawek zieleni?”, „zobaczymy, co jest na końcu tej wioski?”) prowadziły nas w miejsca zapierające dech w piersiach – jak na przykład wodospad Aling Aling, który jest moim zdaniem jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi zrodzonych przez matkę naturę. Znajduje się on w stromym kanionie – woda nie wiadomo skąd i w jaki sposób wytryskuje z wnętrza skały do niewielkiego jeziorka, które z kolei zapewnia stały dopływ wody do rwącego potoku, prowadzącego jeszcze daleko od wododajnych skał. Głęboki turkus wody w jeziorku powoduje zawrót głowy, zaś skok do niej gwarantuje szok termiczny i powykręcane z zimna kończyny. Spaliśmy na szczycie kanionu, pośród dzikiej zieleni, z obłędnym widokiem na soczystą zieleń pól ryżowych znajdujących się po drugiej stronie urwiska. I pomyśleć, że do kanionu trafiliśmy zupełnym przypadkiem po tym, jak Cijin skręcił w jedną z bocznych uliczek odbijających od głównej drogi prowadzącej z północy na południe wyspy. I że jechaliśmy tą uliczką ponad pół godziny, mijając kolejne wioski i jęcząc w duchu, że tutaj na pewno nie znajdziemy skrawka zieleni poza zalanymi wodą polami ryżowymi!

Wiara w to, że mimo panującego zmroku uda nam się znaleźć miejsce pod namiot będące nie tylko bezpieczne, ale i piękne, czyniła naprawdę cuda. Potykając się w egipskich ciemnościach o własne nogi, plecak i linki od namiotu, siłując się ze śledziami, które często za nic nie chciały wbić się w twardy grunt, rozkładaliśmy każdego wieczoru nasz minidomek, codziennie rzecz jasna w innym miejscu. I każdy ranek witaliśmy podobnym rytuałem: podekscytowani rozpinaliśmy poły namiotu, nie mogąc się doczekać tego, co zobaczymy. To uczucie, kiedy kilkanaście metrów od swojej sypialni widzi się dziką plażę lub majestatyczne góry, soczystą zieleń wokół i budzące się właśnie ponad tym wszystkim słońce, jest nie do opisania. Dla tych momentów, mimo pewnych niewygód związanych ze spaniem w namiocie, jestem w stanie zrezygnować z zakwaterowania w „cywilizowanym miejscu” podczas każdej wyprawy. To jedyna szansa na to, by najpiękniejsze zakątki danej okolicy, częstokroć oblegane przez turystów za dnia, należały przez kilka godzin tylko do nas, były na wyciągnięcie ręki i koiły zmysły swoim urokiem i błogą ciszą.

Oczywiście, zdarzyły nam się również śmieszne niespodzianki o poranku – na przykład zamiast porywających widoków po otworzeniu namiotu zobaczyliśmy… stado pasących się cielaków! I tak, raz miała miejsce sytuacja, która początkowo wydawała mi się niebezpieczna. Sami jednak byliśmy sobie winni, że do niej w ogóle doszło i chwała lokalnej społeczności, że nas potraktowała tak łagodnie. Pod koniec naszej skuterowej włóczęgi pogoda zaczynała być coraz bardziej kapryśna, aż w końcu którejś nocy zaczęło po prostu padać. Suszenie przemokniętego namiotu, plecaka i pozostałych rzeczy zajęło nam kilka godzin, toteż gdy wieczorem znowu zaczęło kropić, uznaliśmy, że rozkładanie namiotu nie ma sensu i zamiast atrakcyjnego miejsca na rozbicie naszej sypialni znajdziemy kawałek daszka, pod którym się położymy i przeczekamy do świtu. Atrakcyjny daszek znaleźliśmy zadziwiająco szybko, wiec zadowoleni ułożyliśmy się wygodnie na betonowej posadzce. Miałam co prawda przeczucie, że coś jest nie tak, ale Cijin uspokajał mnie, że daszek jak daszek, a do rana zostało raptem kilka godzin, więc nie ma powodu do stresu. W przeciwieństwie do mojego ukochanego, który odleciał w krainę fantazji w przeciągu kilku minut, ja długo nie mogłam zasnąć. Ów daszek znajdował się tuż przy głównej drodze i byłam przekonana, że mimo panujących ciemności ktoś nas w końcu zobaczy i podejdzie w nie wiadomo jakim celu. W końcu usnęłam. Snem na tyle twardym, że nie słyszałam zupełnie tego, że od kilku minut zbliża się do nas grupa ubranych na biało młodych Indonezyjczyków na motocyklach, którymi usiłują wjechać na niewielkie wzgórze z naszym daszkiem. Ich charakterystyczne stroje oraz nakrycia głowy sugerowały silny związek z religią, prawdę mówiąc jednak nie spodziewałam się po nich niczego dobrego. Wystraszona poderwałam się na równe nogi, budząc rozespanego Cijina. Młodzieńcy świecili nam w twarze reflektorami swoich motocykli pozostawionych kilka metrów niżej, sami zaś nadciągali w naszym kierunku. Przyznaję – byłam w ciężkim strachu. Po kilku minutach okazało się, że…oni podobnie, ponieważ nasz daszek był czymś w rodzaju świątyni, miejscem kultu, w którym absolutnie nie wolno nam było przebywać. Gdy więc zobaczyli nas leżących tam w najlepsze, pełni obaw (wszak nie wiedzieli, czego się mogą po nas spodziewać) ruszyli w środku nocy na spotkanie z nami w obronie swojej świętej twierdzy, chcąc nas stamtąd przepędzić. Krótka rozmowa rozwiała wszelkie obawy, co nie zmienia faktu, że musieliśmy w pośpiechu zwijać nasze manatki i szukać innego miejsca do spania. O co oczywiście nie mamy żadnych pretensji, gdyż jako goście jesteśmy zobligowani do szacunku wobec lokalnych zachowań, wierzeń i zwyczajów. To wydarzenie traktujemy jako przestrogę na przyszłość, by następnym razem zastanowić się kilka razy i właściwie ocenić przeznaczenie uroczego daszku, pod którym zapragnęliśmy przenocować.

Podsumowując – biwakowanie na Bali polecamy z całych serc! Podczas niemal dwóch tygodni spania pod namiotem nie zdarzyło się ani razu, byśmy nie mieli gdzie wziąć prysznica, umyć zębów czy wyprać rzeczy. Zawsze, a często nawet kilkakrotnie w ciągu dnia znajdowało się miejsce, w którym za kilka przysłowiowych rupii mogliśmy skorzystać z łazienki. W pewnym momencie zaczęliśmy sobie nawet żartować, że nie mamy okazji się porządnie wybrudzić tym naszym życiem w drodze, bo korzystamy z prysznica dwa razy dziennie niczym goście kurortów all inclusive ;-).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s