Jednostka a grupa

Pewnie wielu z Was przynajmniej raz w życiu miało do czynienia z grupą Chińczyków. Choćby z wycieczką chińskich turystów. Zazwyczaj charakteryzują się oni aparatami fotograficznymi przyklejonymi do twarzy, zabawnymi nakryciami głowy służącymi za czapki i wentylatory jednocześnie, jednakowymi parasolkami lub chorągiewkami trzymanymi w lewych dłoniach ponad głowami. Grupy takich chińskich eksploratorów szturmują główne atrakcje turystyczne, wydając przy tym nieludzkie decybele. Tak, powiedzmy to sobie szczerze: nie ma chyba nic gorszego od grupy Chińczyków. I naprawdę nie ma znaczenia, czy mowa o zorganizowanej wycieczce miejskiej, nurkowej lub górskiej czy o grupie niezorganizowanej, jak na przykład przypadkowa zbiorowość chińskich obywateli na chińskiej ulicy. Efekt końcowy jest zawsze ten sam: chaos, brak jakiejkolwiek dyscypliny, dezorientacja i hałas. Co z kolei powoduje, że przebywanie w ich otoczeniu dłużej niż kwadrans wywołuje zmęczenie, rozdrażnienie, a nawet frustrację. Wiem, co mówię, nie raz płynęłam na nurkowanie bądź snorkeling na jednej łodzi z grupą Chińczyków. Przepraszam, ale mam złe skojarzenia i wspomnienia.

Podobnie to wygląda na chińskiej prowincji, w miasteczku, mieście i metropolii. Z nieznanego powodu wszyscy są tak samo ciekawscy, tak samo zaglądają komuś w telefon przez ramię, tak samo się pchają do toalety, w kolejce i do kasy. Są dokładnie tak samo głośni i nieznośni. Kiedy na ulicy ktoś zasłabnie lub dojdzie do wypadku, po sekundzie w miejscu zdarzenia są absolutnie wszyscy, by po kilku minutach, gdy nadjedzie policja lub pogotowie, nie było absolutnie nikogo – w magiczny sposób rozpływają się natychmiast w powietrzu, by nikt ich nie pociągnął do jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Sytuacja diametralnie ulega zmianie, gdy przychodzi do spotkania z pojedynczym obywatelem/obywatelką Chińskiej Republiki Ludowej. To niesamowite, jak różna jest jakość kontaktu i interakcji, o czym niejednokrotnie mogłam się przekonać. Nagle się okazuje, że zamiast pokrzykiwań jest normalna rozmowa, w miejsce chaosu pojawiają się konkretne decyzje, zaś bezmyślny owczy pęd może zamienić się w zrównoważone i przemyślane działania. Podczas pobytu w Chinach poznałam wielu interesujących i naprawdę fajnych ludzi, którzy zyskiwali przy bliższym poznaniu.

Jedną z takich osób była około dwudziestoletnia dziewczyna, którą poznałam w środku nocy przed dworcem kolejowym. Obie miałyśmy w tym mieście przesiadkę, obie czekałyśmy na kolejne połączenia, obie nie wiedziałyśmy, co ze sobą zrobić do rana. Przesiedziałyśmy otulone moim śpiworem kilka długich godzin, rozprawiając na rozmaite tematy. Dziewczyna właśnie wyruszyła w swoją pierwszą dorosłą podróż, ja natomiast byłam pierwszą osobą, z którą mogła porozmawiać po angielsku. Ujęły mnie jej świeżość, ciekawość świata i marzenia podróżnicze. Miała naprawdę ambitne plany i mam szczerą nadzieję, że wszystkie się spełnią, bo ciężko na to pracowała. Podróżowanie nie jest w Chinach (a w zasadzie w całej Azji) akceptowalną formą przeżywania życia, wymagania rodziców i otoczenia względem młodego człowieka są bardzo wysokie: należy się jak najszybciej wykształcić i być najlepszym w swojej dziedzinie, by zdobyć wysoką pozycję w społeczeństwie. Tam to ciśnienie jest znacznie bardziej odczuwalne niż w Europie. Tym większe uznanie mam dla tej młodej dziewczyny, która na przekór wszystkim spakowała mały plecak i z niewielkimi oszczędnościami ruszyła w podróż przez swój kraj.

Innym razem, w drodze powrotnej ze zwiedzania Terracota Army w Xi’an, poznałam w busiku dwudziestoparoletniego chłopaka. Tego dnia, w zasadzie prosto z muzeum, zamierzałam opuścić metropolię, choć nie miałam pomysłu, jak najtaniej dotrzeć ze ścisłego centrum na autostradę prowadzącą na południe kraju. Nowo poznany znajomy nie dość, że wyrysował mi mapę na kartce papieru i (mimo mojego sprzeciwu) zaprosił mnie na obiad, to jeszcze na koniec pojechał ze mną na tę autostradę (płacąc za mój bilet), by mieć pewność, że dotarłam tam, gdzie powinnam trafić. Nie pomagały moje protesty, serdeczne podziękowania i zapewnienia, że nie ma potrzeby, by finansował wszystkie moje wydatki – jako gospodarz poczuwał się do otoczenia mnie opieką. Według Niego byłam gościem w Jego kraju, a to wymagało udzielenia mi konkretnej pomocy. Przyznam, że mimo tego, iż chłopak jest młodszy ode mnie, dostałam od Niego olbrzymią lekcję gościnności i podejmowania podróżników z innych krajów we własnej ojczyźnie.

Sama historia mojego pobytu w Xi’an jest również warta wspomnienia, bowiem miasto to nie było na mojej liście must see i zupełny przypadek sprawił, że się w nim znalazłam. Podróżowałam autostopem, toteż wjazd do Xi’an był mi bardzo nie na rękę: wydostanie się z tak dużego miasta jest zawsze bardzo kłopotliwe i zajmuje wiele cennego czasu, który można by przeznaczyć na łapanie okazji przy autostradzie, zamiast na przeciskanie się w korkach do najbliższej wylotówki. Bardzo chciałam więc ominąć Xi’an szerokim łukiem i jechać dalej, los jak widać chciał jednak inaczej. Kierowca wraz z pasażerem – dwóch biznesmenów – którzy zatrzymali się, by mnie zabrać, jechali właśnie do Xi’an. I przez całą drogę (kilkaset kilometrów) przekonywali mnie, bym wjechała do miasta wraz z nimi: „Nie możesz być w Chinach i nie spędzić w Xi’an przynajmniej dwóch dni. Spieszy ci się gdzieś? No właśnie – nie. Jedziesz z nami, o nic się nie martw, zorganizujemy ci pobyt”. Nie było wyjścia, mężczyźni tak bardzo chcieli mi pokazać miasto, a ich intencje były tak szczere, że nie miałam w sobie tyle siły, by im odmówić. Tym bardziej, że żaden z nich nie mówił ani słowa po angielsku – wszystko, co chcieli mi powiedzieć, pisali w translatorze na komórce. Uznałam więc, że nie angażowaliby się tak bardzo w coś, co byłoby jedynie grzecznościowym zapytaniem. Jak obiecali, tak zrobili: zaprosili mnie na obiad tuż po wjeździe do miasta, po czym zabrali ze sobą do swojego biura, w którym już oczekiwali mnie ich sekretarka oraz asystent. Przyznam, że widok z okna ich miejsca pracy przyprawił mnie o zawrót głowy: panorama miasta, oglądana z ostatniego z kilkudziesięciu pieter budynku, robi spore wrażenie. Podczas gdy ja podziwiałam Xi’an z lotu ptaka, sekretarka wraz z asystentem zajęci byli przygotowywaniem dla mnie tradycyjnej chińskiej herbaty w bardzo tradycyjny sposób, który widziałam po raz pierwszy w życiu: na specjalnym stole z litego drewna z rozmaitymi, precyzyjnie wyrzeźbionymi rowkami i dziurkami, którymi spływał nadmiar wrzątku lub herbaty, w zależności od miejsca odstawienia filiżanki. Nie muszę dodawać, że smak i aromat tej herbaty był zupełnie niezwykły i niepowtarzalny. Gdy ceremonia zaparzania i picia dobiegła końca, sekretarka zabrała mnie służbowym, sportowym samochodem na zwiedzanie miasta. Spędziłyśmy kilka godzin, włócząc się po różnych miejscach jak najlepsze przyjaciółki i plotkując na rozmaite, najczęściej babskie, tematy. Po powrocie do biura sekretarka musiała wracać do domu, więc przejął mnie asystent: zorganizował kolację w dość ekskluzywnej restauracji ze swoimi przyjaciółmi, dzięki czemu spędziłam bardzo przyjemnie wieczór. Śmialiśmy się i żartowaliśmy jak najlepsi znajomi, dyskutowaliśmy na wzniosłe tematy, a ja – przyznaję – kompletnie zapomniałam o tym, że jestem właśnie w Chinach. W tych samych Chinach, w których wszyscy plują gdzie popadnie, zaglądają przez ramię, przepychają się i robią mnóstwo zamieszania. Po kolacji asystent przewiózł mnie po mieście, pokazując z samochodu atrakcje Xi’an. Pędziliśmy tym samym sportowym wozem z odkrytym dachem, słuchając chińskiej muzyki, chłopak śpiewał na całe gardło, wokół migotały kolorowe neony, a ja się zastanawiałam, czy to wszystko dzieje się naprawdę. W końcu odwiózł mnie do hotelu, mimo moich sprzeciwów zapłacił za mój pokój, a kiedy protestowałam i prosiłam, by nie przesadzał ze swoją gościnnością, mrugnął do mnie i z szelmowskim uśmiechem oznajmił: „to nie ja, to szefowie! Przecież cię tutaj zaprosili, prawda?”. Wymieniliśmy się kontaktami i chłopak odjechał z piskiem opon, ja natomiast nie mogłam wyjść z podziwu, jak głęboko w swój świat wpuścili mnie ci wszyscy ludzie, mimo że znaliśmy się nie dłużej niż pół dnia.

Takich znajomości nawiązałam w Chinach jeszcze wiele po wyjeździe z Xi’an. Każda kolejna poznana osoba czuła się w obowiązku, by objąć mnie opieką i zapewnić mi kompleksową pomoc. Mimo, że w większości przypadków używaliśmy translatora, żeby się porozumieć, wszyscy wykazywali się olbrzymią serdecznością i opiekuńczością, nawet na długo po moim wyjeździe z Chin. Jeszcze parokrotnie zdarzało się, że ktoś płacił za mój hotel, zapraszał na obiad lub kolację, wywoził za miasto, dźwigał mój plecak i poświęcał swój czas, by kupić mi bilet na dworcu, zaprowadzić do najtańszego hostelu w mieście lub zapewnić mi wikt na kolejne dni. Nigdy nie pomagały moje sprzeciwy, protesty, prośby i groźby, by nie finansować moich wydatków. Wszyscy powtarzali jak mantrę: „jesteś gościem w moim kraju, to mój obowiązek, by cię ugościć najlepiej, jak tylko mogę”.

Zachodzę w głowę i nie potrafię znaleźć odpowiedzi na pytanie, z czego wynika tak ogromna różnica w zachowaniu i podejściu do drugiego człowieka jednostki i masy. Czy u nas – w Europie, w Polsce – te różnice są również tak wydatne? Może są, tylko ja nie potrafiłam (nie chciałam?) tego dostrzec?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s