Podróż koleją

Podróż koleją w Chinach jest zaiste niezwykłym doświadczeniem, które zapada w pamięć na długo, a może na zawsze. Zwłaszcza, jeśli podróżuje się na kilka dni przed obchodami chińskiego Nowego Roku, jak było w moim przypadku. To, jak w ogóle doszło do tego, że wsiadłam w pociąg, to odrębna historia, którą również niebawem opiszę, teraz jednak skupię się na samym fakcie przebywania w chińskiej kolei.

Pierwszy pociąg, do jakiego wsiadłam w Chinach, był zapewne najtańszym, jaki porusza się po tamtejszych torach. Bilet podarowały mi służby chińskie, a że, jak wiadomo, darowanemu koniowi…, to przyjęłam podarunek z ogromną wdzięcznością, bez szczególnego rozwodzenia się nad standardem pociągu, którym przyszło mi niespodziewanie jechać. Tym bardziej, że na stacji zostałam potraktowana jak najważniejszy VIP, niewiele brakowało i rozłożono by przede mną czerwony dywan. Dostąpiłam zaszczytu wejścia do pociągu jako PIERWSZA, mimo że kolejka pasażerów oczekujących na wejście na peron była nieskończenie długa. Chińskie stacje kolejowe przypominają terminale lotnicze, zaś kontrola biletu w zasadzie niczym nie różni się od check-in’u dokonywanego przed lotem samolotem. Tym większą czułam radość i wdzięczność, że jako biedna backpackerka byłam wprowadzana do pociągu niczym brytyjska królowa.

Usiadłam na swoim miejscu, dziękując w duchu moim darczyńcom, że wykazali się tak wielką domyślnością i zadbali o to, bym siedziała przy oknie. Przedział, w którym miałam miejsce, był przedziałem otwartym, z około setką miejsc siedzących. „Zupełnie nie najgorzej” – pomyślałam, zamykając oczy i sadowiąc się wygodnie, by w spokoju słuchać muzyki. Po niespełna kilku minutach zdezorientowana podniosłam powieki z powrotem, gdyż poczułam na swoim udzie dziwny ucisk. Jakaś kobieta usiłowała wcisnąć swój pakunek na górną półkę, a że była zbyt niska i nie sięgała, nawet stojąc na siedzeniu, to wspomogła się moją nogą. Zamarłam. Omiotłam wzrokiem przedział i jedyne, co przychodziło mi na myśl, to „ocho, zaczyna się”. Liczba ludzi przebywających w przedziale znacznie przekraczała liczbę miejsc siedzących, zwłaszcza że większość z nich była już zajęta. Każdy się przeciskał i przepychał swoje tobołki lub próbował upchnąć je dosłownie gdzie się dało: na górną półkę, pod siedzenie, między siedzenia, między pasażerów, na korytarzu, przy toalecie itd., itd. Większość pasażerów, z racji zbliżającej się uroczystości, prócz torby z ubraniami wiozła ze sobą przynajmniej jeden worek ryżu, niektórzy mieli również warzywa, jajka i podobne produkty spożywcze. Wszyscy przepychający się jednocześnie wzajemnie się przekrzykiwali, siedzący zaś, a przynajmniej spora ich część, oddawała się oglądaniu filmików na YouTubie w swoich telefonach. Chińskich filmików. Bez słuchawek. W przedziale w ciągu kilku minut, z niewiadomych przyczyn, zapanował potworny bałagan. Podłoga pokryła się warstwą plastików i papierów, temperatura z braku klimatyzacji czy choćby wiatraka rosła w zastraszającym tempie. Pracownicy kolei reagowali na sytuację błyskawicznie: co chwila dwie osoby krążyły (a raczej przeciskały się) między pasażerami z małymi zmiotkami i szufelkami, zmiatając śmieci z podłogi, co, mówiąc szczerze, w tej sytuacji wyglądało po prostu komicznie.

Po mniej więcej dwudziestu takich minutach, gdy w końcu wszyscy pozajmowali swoje miejsca lub znaleźli skrawek wolnej przestrzeni, pociąg ruszył. Wydawało mi się, że najgorsze już za nami, że teraz będzie tylko spokojniej. No… nie. Mimo że na rząd siedzeń przypadały trzy miejsca, w każdym z rzędów siedział przynajmniej jeden pasażer więcej. W moim również. Cała reszta, która nie dopchała się do siedzenia, koczowała gdzie się dało. Ostatecznie oznaczało to co najmniej setkę ludzi więcej, niż przewidywał projektant wagonu. Przypominam: bez klimatyzacji i bez wiatraka. I z zablokowanymi oknami. No, cóż poradzić, kiedy nie można nic poradzić.

Po kolejnym kwadransie chińscy podróżnicy masowo zaczęli odczuwać głód, więc w ruch poszły chińskie przysmaki i przekąski: zupki, nudle, suszone świńskie kopytka, suszone kurczęce nóżki, gotowane jaja. Cóż za przecudna woń unosiła się w tym niewentylowanym w żaden sposób przedziale! Przysięgam, wszyscy, jak na zawołanie, w tym samym momencie siorbali swoje nudle lub, co gorsza, skubali pestki słonecznika. A Chińczycy potrafią siorbać nudle, oj potrafią. I te pestki… Usiłowałam dać odetchnąć moim uszom od słuchawek, ale nie było to możliwe. Nie znoszę dźwięku łupanego słonecznika, a gdy robi to kilkanaście osób na raz, jednocześnie, raz za razem, mam ochotę wyć do kosmosu. Nałożyłam więc z powrotem słuchawki, pozbawiając się atrakcji dźwiękowych (prócz nudli i słonecznika wciąż oczywiście odtwarzano dziesiątki filmików na komórkach, niezmiennie bez słuchawek) i przerzucając się na doznania wzrokowe. Początkowo nie wiedziałam, na kogo patrzeć, tyle bodźców otrzymywałam jednocześnie z różnych stron: młodzi chłopcy podskakiwali impulsywnie na swoich siedzeniach, nerwowo reagując na to, co działo się na ekranach ich telefonów. Jakiś pan obcinał sobie obcinakiem paznokcie u stóp (w klapkach). Kilka pan skubało słonecznik w takim tempie, że śmiało mogłyby wziąć udział w zawodach narodowych w tej konkurencji. Osoby stojące przysypiały ze zmęczenia. Co kilka minut przez przedział przejeżdżał serwis sprzedający najróżniejsze gadżety: od szczoteczek do zębów, poprzez torebki, kubki i czasopisma, aż po nośniki pamięci, słuchawki itd. Oczywiście wszystko made in China. Ledwie wyjechał wózek z gadżetami, już wjeżdżał kolejny, z parującą w kotle strawą: nudlami na milion sposobów, które Chińczycy wprost ubóstwiają. Wyjechał ten, wjeżdżał kolejny z napojami gorącymi, napojami zimnymi itd., itd. A między nimi niestrudzenie krążyło dwóch panów z minizmiotkami i szufelkami, zmiatając tu i tam porozrzucane plastikowe kubki po nudlach, plastikowe torebki, sztućce itp. Za każdym razem panowie zamiatali tak zamaszyście, że wszyscy pasażerowie, jak na komendę, unosili nogi, by im nie przeszkadzać w pracy. Parodia, po prostu parodia.

Do śmiechu mi nie było, kiedy towarzystwo już się najadło. W Azji, w większości krajów uważa się, że głośne i przeciągłe odbicie po posiłku to objaw zdrowia i sytości, toteż ludzie bardzo chętnie dają temu upust. To jedna z niewielu rzeczy, do których, mimo mieszkania w tej części świata od ponad roku, nie mogę się przyzwyczaić i która obrzydza mnie równie mocno, jak tuż po przyjeździe tutaj. Nie będę się rozwodzić nad tym, co i jak słyszałam w pociągu, uwierzcie mi jednak na słowo, że słyszałam, mimo słuchawek w uszach.

Co jednak bardzo spodobało mi się podczas tej podróży, to to, że po pierwszej godzinie, kiedy wszyscy już się najedli i napili, rozpoczęła się ogólnoprzedziałowa konwersacja. Ze względów oczywistych toczyła się w języku mandaryńskim, toteż nie mogłam do niej dołączyć, co nie zmienia faktu, że bardzo mi się to podobało. Nie miało znaczenia, czy ludzie się znają, czy widzą się pierwszy raz na oczy, wszyscy rozprawiali jak dobrzy znajomi. Tego mi zawsze brakowało w Polsce: takiego nieskrępowania, braku wstydu, poczucia, że zwyczajnie fajnie jest podyskutować z przypadkowymi ludźmi, nawet jeśli ma się to odbywać na forum, przy biernym udziale innych. Mam nadzieję, że niebawem oderwiemy się trochę od swoich spraw i otworzymy bardziej na ludzi przebywających wokół nas. Warto.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Podróż koleją

  1. W Szwecji o dziwo wiele razy trafiły mi się takie rozmowy w podróży 🙂 Pociągiem jeszcze nie jechałam, ale metrze czy na promie, takie pogawędki się zdarzały, co mnie zaskoczyło, bo szwedzi nie są raczej otwarci. Zgadzam się w 100%, że trzeba się otwierać na ludzi. Fantastyczna przygoda z tym pociągiem!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s