Find A Crew – czyli jak złapać jacht na kciuka

Jedno z czerwcowych popołudni, Singapur. Jesteśmy właśnie w parku na drugim końcu miasta, kiedy w kieszeni wibruje mi komórka. „Ileż można tych reklam wysyłać?” myślę sobie w duchu, ale sięgam po telefon. Na ekranie koperta oznaczająca otrzymany email. Otwieram, czytam i czuję, jak krew uderza mi do głowy. „Jedna taka szansa na sto!” – zaczynam śpiewać i przysiadam na krawężniku na wypadek gdybym zasłabła z emocji, jednocześnie tarmosząc nogawkę spodni Cijina, żeby usiadł przy mnie. Email wysłany za pośrednictwem portalu Find a Crew, od kapitana. OD KAPITANA. Z zapytaniem, czy nie chcielibyśmy do niego dołączyć i ruszyć we wspólny rejs przez wyspy indonezyjskie do Papui-Nowej Gwinei i Australii. Licho z tą Australią, myślałam, ale Papua-Nowa Gwinea to jedno z moich największych podróżniczych marzeń, więc aż piszczę Cijinowi „płyniemy! Nie ma sie nad czym zastanawiać! Mamy łódź! MAMY ŁÓDŹ!!! ZNALEŹLIŚMY ŁÓÓÓDŹ!!!”. Kilka kolejnych wymienionych maili i okazuje się, że jest pewien problem, ponieważ jest godzina 15, my jesteśmy na drugim krańcu miasta, Brett – nasz kapitan – jest już na Batam (położona najbliżej Singapuru wyspa indonezyjska), a w rejs chce ruszać kolejnego ranka. Czekałam na ten moment ponad rok. Od pobytu na Phuket usiłowałam znaleźć jakąkolwiek łódź. Dokądkolwiek. Bez powodzenia. I teraz, kiedy mogę wypłynąć, czuję się jakbym była w kompletnym proszku.

Na złamanie karku pędziliśmy przez zakorkowane miasto do domu naszej Przyjaciółki. Szybkie przeorganizowanie plecaków, pożegnanie obecnych w okolicy Przyjaciół. Kolejnego poranka jeszcze szybsze zakupy w Decathlonie, jazda taksówką prawie na sygnale na terminal, z którego mieliśmy się przedostać promem na Batam. Kompletne wariactwo.

Kiedy zajęliśmy wreszcie miejsca na promie, zasnęłam z głową na ramieniu Cijina, nim jeszcze prom zdążył opuścić terminal. Tempo przygotowań, poziom stresu sięgający zenitu, brak czasu na porządny posiłek – dały w tym momencie o sobie znać. W przeciwieństwie do Cijina, który z kolei był podekscytowany tak bardzo, że jeszcze chwila i płynąłby wpław, żeby szybciej dotrzeć do Indonezji, ja przespałam niemal całą podróż promem.

Wkrótce okazało się, że nie było to takie głupie posunięcie – z powodu niedogadania z Brettem oczekiwaliśmy się wzajemnie w innych miejscach i o innej godzinie, by potem poszukiwać się przez kolejną godzinę w okolicach mariny. W końcu, gdy udało nam się spotkać i dotrzeć wspólnie do naszego katamaranu, okazało się, że natychmiast ruszamy! Szybka, pierwsza w życiu z resztą lekcja żeglarstwa i cała naprzód!

Tego wieczoru długo jeszcze nie poszliśmy spać. „Urządzanie się” w naszej kajucie, pierwsze zetknięcie z przyrządami nawigacyjnymi, nauka podstawowych pojęć żeglarskich. W tym momencie również i moje emocje buzowały tak bardzo, że o zmęczeniu nie było już mowy. To się działo! To się naprawdę wszystko działo! Pamiętam jak dziś miny ludzi słuchających moich odpowiedzi na pytania typu „no i co dalej? gdzie teraz?”. „A… wiesz, marzy nam się jachtostop”. „Jachtostop? Oookeej” (a przy tym mina wyrażająca myśl „biedna, zwariowała już zupełnie”). A tymczasem my naprawdę właśnie rozpoczynaliśmy swój pierwszy tak poważny rejs, mimo faktu, że o żeglowaniu nie mieliśmy bladego pojęcia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak olbrzymią lekcję (a w zasadzie kurs) otrzymamy od Bretta w trakcie żeglugi, i że nie istotne, z jakim doświadczeniem wchodzi się na pokład. Liczy się przede wszystkim to, ile zapału i chęci do współpracy ma się do zaoferowania.

Odpowiadając jednak na pytanie o to, jak łapać jacht na kciuka: metod jest kilka. W naszym przypadku sprawdziło się (a może raczej opłaciło) założenie konta na stronie FIND A CREW, na której konta swoje mają, prócz podróżników podobnych do nas, również właściciele łodzi i jachtów, kapitanowie itd., więc szanse na załapanie się gdzieś na pokład do pomocy są całkiem spore. Ostrzegam tylko samotne podróżniczki, gdyż nie brakuje niestety cwanych dziadków leśnych, którzy prócz pomocy przy sprzątaniu szukają również kogoś do pogłaskania tu i tam (o czym często wprost piszą na swoich profilach). Ale wracając do tematu: sporym, jeśli nie największym powodzeniem cieszy się tradycyjna metoda poszukiwań łodzi w marinie poprzez rozwieszanie ogłoszeń, bezpośrednie nawiązywanie kontaktu, a także…wycieczki do najbliższych barów :-). Po kilku głębszych łatwiej podobno zacząć rozmowę, a i gadka się lepiej klei… Polecam również obserwować wpisy na grupie Jachtostopowicze czyli My, gdyż coraz częściej pojawiają się tam naprawdę kuszące ogłoszenia oferujące miejsce na jachtach w najrozmaitszych częściach świata! Przede wszystkim należy chyba jednak uwierzyć w swoje marzenie, bo to pierwszy krok do osiągnięcia celu.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Find A Crew – czyli jak złapać jacht na kciuka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s