Polska mama w Singapurze

Godzina 22.00. Większość kobiet o tej porze, zmęczona po całym dniu, myśli tylko o tym, by wziąć prysznic i położyć się w końcu do łóżka. Ale nie ona. Dla niej o tej porze dzień się właściwie dopiero rozpoczyna. Słyszy dźwięk budzika, który bezdusznie daje znać, że czas zacząć szykować się do pracy. Szybkim krokiem zmierza do kuchni, włącza ekspres, w oczekiwaniu na kawę przygotowuje sobie porcję owoców i warzyw. Z kubkiem kawy przemieszcza się do łazienki, bierze prysznic. Na zmęczoną całym dniem twarz nakłada maseczkę, pod oczy przykleja płatki nawilżające. Siada przed komputerem – sprawdza prognozę pogody, plan lotu, czyta o ewentualnych usterkach samolotu. Nagle czas zaczyna przyspieszać, więc i ona, ubrana w samą bieliznę, zaczyna w lekkim popłochu biegać między łazienką, garderobą i sypialnią. Jednocześnie suszy i układa włosy, pakuje walizki, parzy kolejną kawę, robi makijaż, przygotowuje strój do pracy. W panice szuka ładowarek, butów i innych przedmiotów. Kolejny budzik sygnalizuje, że czas wychodzić. Ostatnie drobiazgi wrzuca do walizki, ubiera się, zakłada czarne szpilki. Jeszcze szybka wizyta w pokoju śpiącej córki, całus pożegnalny w czoło i może w końcu wyjść. Pewnym krokiem, ciągnąc za sobą dwie walizki, rozpromieniona zmierza w kierunku metra. Za godzinę usiądzie za sterami mieszczącego na swoim pokładzie prawie czterystu pasażerów Dreamlinera, lecącego – w zależności od dnia – do Japonii, Chin, Tajwanu, Korei Południowej, Hong Kongu lub Australii. Poznajcie Martę – polskiego kapitana z amerykańskim obywatelstwem, pracującą dla jednych z najbardziej popularnych linii lotniczych na terenie południowo-wschodniej Azji, mamę sześcioletniej Matyldy.

Do Singapuru przyjechałam z moim mężem, który został zaproszony tutaj na kontrakt w 2005 roku. Ja szybko znalazłam pracę w lokalnych liniach lotniczych Tigerair. Pomogło mi zapewne moje wcześniejsze doświadczenie zdobyte w takich firmach, jak LOT i Wizz Air. Tak się jakoś zabawnie złożyło, że byłam pierwszą kobietą w historii Tigeraira zatrudnioną na stanowisko pilota.

Długo staraliśmy się z mężem o dziecko. Obydwoje poddaliśmy się wielu badaniom, a w końcu nawet leczeniu. Po pięciu latach długo oczekiwana córeczka przyszła na świat. Szybko okazało się, że łączenie macierzyństwa, studiów podyplomowych (rozpoczętych przeze mnie półtora roku wcześniej) oraz pracy na stanowisku pilota jest dosyć trudne. Nie dostrzegłam momentu, w którym mój mąż rozpoczął ciche, alternatywne życie. Tym większe zaskoczenie przeżyłam, kiedy pewnego dnia po prostu zniknął i nikt, nawet jego najbliżsi przyjaciele, nie wiedział o planowanej przez niego przeprowadzce do Wietnamu. Straciłam poczucie bezpieczeństwa, koszty życia w Singapurze przewyższały moje ówczesne zarobki. Nie miałam możliwości powrotu do moich poprzednich miejsc pracy w Polsce, Matylda miała osiemnaście miesięcy – zupełnie nie czułam się na siłach, by podjąć ryzyko i wrócić do kraju. Byłam bliska załamania. Z pomocą przyszli mi ludzie, po których się tego zupełnie nie spodziewałam: serbscy przyjaciele mojego męża. Pożyczyli mi pieniądze na życie oraz pomogli przygotować się do egzaminów na kapitana. Krótko później kierownictwo mojej firmy awansowało mnie na to stanowisko oraz zaoferowało pracę na pół etatu, bym mogla więcej zarabiać i jednocześnie spędzać jak najwięcej czasu z Matyldą.

Mimo, że rok temu zmieniłam miejsce pracy (co wiąże się z pracą na pełen etat), wciąż jej charakter pozwala nam na częste wyjazdy. Matylda ma szansę nie tylko zwiedzać świat, ale przede wszystkim przyglądać się życiu jej rówieśników w różnych jego zakątkach. Podczas naszych wypraw często docieramy do małych społeczności żyjących w zgodzie ze swoimi wieloletnimi tradycjami, z dala od nowych technologii i powszechnie panującego konsumpcjonizmu. Wspólnie jadamy posiłki, śpimy z naszymi gospodarzami, Matylda bawi się z miejscowymi dziećmi. W ten sposób uczę moją córkę tolerancji i szacunku dla innych kultur, a także tego, że niepotrzebna jest znajomość tego samego języka, by się porozumieć z drugim człowiekiem. Bardzo mnie cieszy jej otwartość i wrażliwość, do których wykształcenia niewątpliwie przyczyniły się podróże.

Mój zawód ma również swoje wady: latam na długich dystansach, więc nie wracam do domu po ośmiu godzinach, jak większość rodziców, ale zazwyczaj po dwóch, trzech, a bywa że nawet po czterech dniach. Jesteśmy z Matyldą w Singapurze zupełnie same, z dala od rodziny. Mamy na szczęście wielu oddanych przyjaciół, ale nie zmienia to faktu, że kiedy ja pracuję, córka zostaje w domu z nianią. Dla mnie, jako samotnej mamy, dużym ułatwieniem jest miejsce naszego życia. Singapur, choć tak wielokulturowy, jest krajem bardzo bezpiecznym: przestępczość w zasadzie w ogóle nie występuje, nie ma dostępu do narkotyków. Dzięki temu odpada mi trochę zmartwień, kiedy opuszczam córkę na kilka dni.

Matylda, choć urodzona w Singapurze, ma trzy obywatelstwa – polskie, chorwackie (po ojcu) i amerykańskie (jako nastolatka wyjechałam do USA, tam skończyłam szkołę średnią oraz studia). Dzięki miejscu, w którym mieszkamy, Matylda w wieku sześciu lat płynnie mówi po angielsku oraz chińsku. Mnie osobiście bardzo zależało jednak na tym, by znała przede wszystkim język polski – w domu rozmawiamy więc tylko po polsku, poza tym stosunkowo często bywamy w naszej ojczyźnie. Przyznam, że kiedy podczas naszych podróży po Azji Południowo-Wschodniej zdarza się, że córka podbiega do mnie podekscytowana i szepcze mi do ucha: „mamusiu, tam jest ktoś, kto też mówi po polsku! Tak jak MY!”, jestem dumna, że czuje się Polką. Martwi mnie jednak, że może nadejść moment, w którym przeżyje kryzys tożsamości, uzna, że jej korzenie są niewystarczająco silne. Że zadając sobie pytania o to, kim jest, skąd pochodzi i z jakim miejscem czuje największą więź, nie będzie potrafiła znaleźć odpowiedzi.

Co mi dało macierzyństwo? Paradoksalnie poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Kiedy miewam trudne momenty, dopada mnie stres i przemęczenie, wspólny czas z córką szybko stawia mnie na nogi. Każdego wieczoru leżymy razem w łóżku i czytamy książki, a moje myśli wracają na właściwe tory. Świadomość, że mam obok siebie małego człowieka, za którego jestem w pełni odpowiedzialna, który mnie potrzebuje i którego potrzebuję ja, daje mi ogromną siłę. Dla niej jestem w stanie przenosić góry, nawet jeśli na moją głowę chwilowo wali się cały świat. W córce mam również osobistego trenera, dietetyka i motywatora, który w trosce o moją wagę nieustannie kontroluje to, co jem i w jakich ilościach, a także motywuje mnie do codziennych ćwiczeń. Święta Bożego Narodzenia spędzała w Polsce z naszą rodziną, gdyż ja musiałam pracować i nie chciałam, by odczuła moją nieobecność w domu. Po trzytygodniowej rozłące, podczas której ja każdą wolną chwilę spędzałam na morderczych treningach na siłowni, córka powitała mnie tekstem: „No faktycznie schudłaś. Ale jeszcze ci trochę brakuje, musisz się bardziej postarać!”. No to się staram!

Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Marty i Matyldy. Za ich udostępnienie bardzo dziękuję.

IMG_20160104_000237

Reklamy

13 uwag do wpisu “Polska mama w Singapurze

  1. Marta…..zuch kobieta !nie znam faceta i pewnie juz nie poznam , ktory by znalazł w sobie siłę i determinację jaką ma Marta ,ten „puch marny” idzie przez życie jak pociąg pancerny pokonując tysiące przeciwności ..duży ukłon dla Ciebie ,jako kobieta i Polka jestem z Ciebie dumna !! życzę Ci w nadchodzącym roku zdrówka, i samych szczęśliwych dni 😀 Halina z Opola

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s