W kilku słowach o Białorusi

Wiele niezbyt chwalebnych opinii na temat Białorusi słyszałam przed wyjazdem. Oczywiście od ludzi, którzy nigdy tam nie byli. Opowieści na temat potencjalnych zagrożeń na tyle pobudziły moją wyobraźnię, że naturalnym był dla mnie wybór trasy do Rosji, wiodącej przez Litwę i Łotwę, by szerokim łukiem ominąć wszystkie zagrożenia, czyhające na każdym kroku.  Wiadomość od kierowcy, że jedziemy właśnie przez Białoruś, zmroziła mi krew w żyłach.

Do konsulatu tegoż kraju udałam się z dużym zaciekawieniem, pamiętając jednocześnie o ostrzeżeniach znajomych, by przed urzędnikami zachować powściągliwość, a ekspresje mimiczne (zwłaszcza te wyrażające rozbawienie) pozostawić „przed drzwiami” instytucji. Już po kilku minutach spędzonych przed okienkiem uznałam, że musiało nastąpić jakieś nieporozumienie, gdyż wszyscy pracownicy konsulatu wydają się być pogodni i skłonni do żartów – wbrew krążącym o nich opiniom. Potwierdzeniem tego było przekraczanie granicy polsko-białoruskiej i kontakt z urzędnikami celnymi kilka dni później. Przyznam, że jeszcze nigdy, na żadnej innej granicy, nie odbywało się to w takiej atmosferze, w jakiej miało to miejsce na przejściu Sławatycze-Domaczewo. Być może jakieś znaczenie ma fakt, iż mój kierowca, jako stały gość tegoż przejścia, zna większość celników. A być może swobodna, okraszona dowcipem aura, była następstwem drobnych łapówek w postaci słodyczy i papierosów, chętnie przyjętych przez pracowników służby granicznej. Nie wiem. Faktem jest, że zarówno Białoruś, jak i Rosja, są krajami bardzo skorumpowanymi i „100 Rubli na piwko” dla celnika / strażnika / policjanta itd. to rzecz tak normalna, jak datek na tacę w kościele. Choć podobno dziś jest już dużo lepiej, niż było jeszcze przed paroma laty – coraz częściej zdarza się bowiem, iż policja zatrzymuje kierowcę, by faktycznie sprawdzić jego dokumenty, a nie po to, by trochę dorobić do pensji.

Tak czy inaczej, już od pierwszych chwil Białoruś wywierała na mnie dobre wrażenie. Z żalem przyznaję, że przejechałam przez nią w takim tempie, iż nie miałam zbyt wielu okazji, by móc ją lepiej poznać czy poobserwować jej mieszkańców. Mam jednak kilka spostrzeżeń;

Drogi. Nie wiem, jak wyglądają te lokalne, ale droga łącząca Polskę z Rosją (czyli przecinająca de facto calutką Białoruś) mogłaby być powodem do wstydu dla Polaków. O ja naiwna! Przyznaję szczerze – podług moich wyobrażeń, wraz z przekroczeniem granicy skończy się cywilizacja*, co w moim pojęciu oznaczało nie tylko koniec wszelkiej łączności, ale również kres asfaltu, zastąpionego przez szutr, żwir i podobne materiały; Gdy moim oczom ukazała się dwupasmowa autostrada, nie mająca kresu ni jednej dziurki – zbierałam przysłowiową szczękę z podłogi. Jeszcze większym zaskoczeniem były dla mnie przydrożne znaki, ostrzegające przed mgłą zarówno w języku białoruskim, jak i ANGIELSKIM. Jak jest w Polsce – każdy widzi.

Porządek. Z ręką na sercu, nie widziałam ani jednego papierka czy plastiku przy drodze, w rowie, na parkinku czy na przystanku autobusowym. Podobnie jak opon, które w „cywilizowanej Europie” kierowcy tirów bez skrępowania pozostawiają przy drodze, gdy zdarzy się, że jedna z nich pęknie w czasie jazdy. Ludzie dbają o przestrzeń wokół siebie, co mnie osobiście bardzo się podoba.

Bezpieczeństwo. Jak już wspominałam, wiele się na jego temat nasłuchałam przed wyjazdem. Że strach zatrzymać się na przydrożnym parkingu w nocy, że kradną i mordują w biały dzień. Tymczasem bezpieczniej tam, niż np. w Londynie, w którym żyłam przez ostatni rok. Co więcej, nikomu nie ma prawa spaść włos z głowy, w przeciwnym razie konsekwencje będą naprawdę poważne.

Opieka medyczna. Na koniec, by nie było zbyt słodko, przyznam, że po tym, gdy zobaczyłam, jak wyglądają białoruskie karetki pogotowia, nie życzę nikomu, by musiał korzystać z ich pomocy. Leciwe, zdezelowane busiki, osiągające prędkość pewnie nie większą, niż 70-80 km/h, poddają w wątpliwość jakość tamtejszej opieki medycznej. Obawiam się, iż często zdarza się, że busik, mimo najszczerszych chęci jego załogi, zwyczajnie nie dojeżdża w porę tam, gdzie potrzebny jest lekarz. Mam nadzieję, że to tylko kolejny mit do obalenia na temat Białorusi.

Niecała doba spędzona w tym kraju, rozbudziła mój apetyt na więcej. Chciałabym tam wrócić, zobaczyć nie tylko Mińsk, ale i białoruską prowincję, poznać ludzi. Dziś wiem, że potrzebny był mi tranzyt właśnie przez Białoruś – wyleczył mnie z lęku,  już się nie boję tego kraju. Co więcej – wiem, że był zupełnie niepotrzebny.

* Proszę potraktować moje słowa z lekkim przymrużeniem oka, jako i ja czynię!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s